Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 stycznia 2016

mini serniczki z białą czekoladą i malinami

Halo. Puk puk, jest tam jeszcze ktoś? Po okrągłej, rocznej przerwie postanawiam wrócić. Z przepisem, który podczas sylwestrowej zabawy moi goście uznali za godny powtórzenia. Małe serniczki z dodatkiem białej czekolady i świeżych malin. Na dodatek przygotowane bez pieczenia. Brzmi zachęcająco? Zróbmy je więc wspólnie. Na początek zdradzę Wam wspaniały sposób, by serniczki łatwo wyszły  z formy przed podaniem.

Wyłożenie formy do muffinek folią, tzw. filmem spożywczym, po schłodzeniu serniczków  bardzo ułatwi pracę. Żadnego podważania, luzowania nożem całych serniczków.



Składniki na 12 serniczków

- 500g sera twarogowego, u mnie z wiaderka. Sprawdzony z Wielunia, bardzo      gęsty, polecam
- tabliczka białej czekolady,
- opakowanie pełnoziarnistych ciasteczek "be be",
- miękkie masło około 3 łyżki






Ser wyjmujemy z lodówki, by łatwiej połączył się później z czekoladą. Formę do pieczenia muffinek wykładamy folią spożywczą. Ciasteczka kruszymy drobno, dodajemy miękkie masło. Ciasteczka przekładamy do formy po mniej więcej czubatej łyżce i mocno uklepujemy. Wkładamy do lodówki na czas przygotowania masy serowej.

Czekoladę roztapiamy w kąpieli wodnej (ewentualnie w mikrofali, mi jednak nie zawsze ten sposób się sprawdza.) Ser z wiaderka przekładamy do miski. Dodajemy czekoladę i energicznie mieszamy do połączenia składników. Masę przekładamy na pokruszone ciasteczka, wyrównujemy powierzchnię i wkładamy do lodówki na co najmniej 2h.

Serniczki wyjmujemy z formy, dekorujemy malinami, konfiturą z wiśni, może mandarynkami... co komu w duszy gra.

Oto, jak moje serniczki prezentowały się na sylwestrowym stole.



Smacznego. Pa.


wtorek, 26 listopada 2013

sernik mocno czekoladowy z Sheridan'em

Powroty są najprzyjemniejsze, niezależnie czy wracam do domu, do wspomnień czy do smaków z dzieciństwa. Tym razem stanęło na powrocie do blogowania, z tej właśnie okazji postanowiłam przywitać Was mocno czekoladowym sernikiem, takim na podniesienie poziomu endorfin na pograniczu pór roku. 

Dodatkowo ten sernik jest o tyle wyjątkowy, że pieczony wspólnie.W gronie innych blogerek, wielkopolskich pyreczek kochanych, w ramach Ezoterycznych Spotkań przy piekarniku.

Sernik smakuje na prawdę mocno czekoladowo. Jeśli jeszcze dodać fakt, że w oryginale przepis zawiera spód z ciasteczek i czekolady, oraz ganache z czekolady i kremówki, mamy sernik niebywale, potrójnie czekoladowy. Nie da się nie spróbować, nawet jeśli zbyt mocne z swej czekoladowej intensywności wypieki nie są naszymi ulubionymi. Polecam na imprezę, gdyż jeden taki sernik powinien zaspokoić wielu gości. 


przepis
(po modyfikacji, dodatkowo pomijając spód i polewę)

-200g czekolady, pokrojonej,
- 1 łyżeczka kawy rozpuszczalnej (najlepiej w formie proszku, lepiej się rozprowadza),
- 700g sera twarogowego na sernik,
- 160g cukru,
- 1 łyżeczka kakao najlepszej jakości,
- 3 duże jajka,
- 1/4 laski wanilii,
- 3 łyżki likieru kawowego, u mnie był to Sheridan 

Piekarnik nagrzać do 175 stopni. Rozpuścić czekoladę w miseczce nad gotującą wodą, uważając by miseczka nie dotykała tafli wody. Dodać do niej kawę rozpuszczalną. Mikserem połączyć ser i cukier. Po kolei dodawać jajka i miksować, czekając aż każde kolejne dobrze połączy się z masą. Następnie dodajemy wanilię, kakao, masę czekoladowo-kawową oraz likier i miksujemy do połączenia. Masę przelać do okrągłej, wysmarowanej masłem i ubezpieczonej folią aluminiową blaszki i piec w brytfannie wypełnionej wodą przez około godzinę. Po wystudzeniu przechować sernik przez co najmniej 3h w lodówce, po czym udekorować wedle uznania czekoladą lub ganache z oryginalnego przepisu. 


Dziękuję całej drużynie czekoladowego pierścienia, w skład której weszły

Smacznego. Pa.

poniedziałek, 7 stycznia 2013

czekoladowe muffiny z solą i toffi

Dawno muffinki nie wyszły mi aż tak dobrze. Nie opublikowałam dwóch ostatnich przepisów, bo coś sprawiało, że po upieczeniu były zbite, mało puszyste, gliniane. Dziś przełamałam się jednak - a może Kacperek mnie przełamał, w końcu dziecko w domu oznacza obowiązkowe łakocie... Rezultat przerósł moje oczekiwania, babeczki idealnie puszyste, delikatne, w sam raz karmelowe, czekoladowe i słonawe. Polecam każdemu komu porządna dawka kakao poprawia humor. Pytanie komu nie poprawia??? ;)

Dodatek soli jest niezbędny w praktycznie każdym słodkim wypieku. Dodatkowo uwydatnia smak czekolady. A że w babeczkach mamy sporą ilość toffi, postanowiłam zwiększyć szczyptę soli do płaskiej łyżeczki. Odważycie się?

Piekąc, wspominałam 2 lata które spędziłam w Anglii. Moje ulubione produkty, bez kupna których nie mogły obyć się wypady do sklepu. Czekolady, podobne mogę dostać i w Polsce, jednak kolor opakowania, smak i jedzenie ich na ławce w parku w towarzystwie wiewiórek... to wszystko powoduje, że brak mi ich znacznie bardziej niż mogłabym się spodziewać. Podobnie jest z pewną konkretną Rooibos, i dzięki Bogu mogę liczyć na kilka dobrych duszyczek, które ratują mnie w moim Rooibosowym głodzie. Dziękuję!

składniki (na 12 babeczek)

- szklanka mąki pszennej,
- pół szklanki cukru kryształu,
- 3 płaskie łyżki najlepszego kakao,
- 1 łyżeczka sody i jedna proszku do pieczenia,
- 2 jajka,
- pół szklanki oleju (u mnie rzepakowego),
- 5 łyżek kremówki,
- płaska łyżeczka soli,
- tabliczka czekolady z toffi (ewentualnie krówki i czekoladowe guziczki)


Mąkę mieszamy z proszkiem, sodą, cukrem, solą i kakao. Dodajemy pokruszoną czekoladę (czy krówki i guziczki), by ładnie otoczyły się w mące i równomiernie rozłożyły w muffinkach. Dodajemy lekko ubite jajka ze śmietaną i olejem. Mieszamy do uzyskania jednolitej masy. Wypełniamy papilotki umieszczone w blasze na muffinki, ciasto powinno wypełniać trochę więcej niż połowę papilotki. Pieczemy około 25 minut w temperaturze 180 stopni. 

Muffinki smakują najlepiej gdy wystygną, a toffi w nich lekko się zetnie.

Smacznego. Pa.

środa, 7 listopada 2012

waniliowe muffinki z nutellą

Czasem nie mam czasu ani chęci na dekorowanie babeczek. Poza tym gdy babeczka jest smaczna, broni się sama, niekoniecznie musi być przykryta perełkami, lukrami i kokardkami. Z resztą - piekąc dla kilku najbliższych osób nie musimy cudów wianków odstawiać, by było po prostu dobrze tak jak jest. Bez makijażu. Moment, moment! Czy ja piszę o babeczkach czy o laleczkach? Laleczki - babeczki to my, kobietki. I w sumie tekst tyczy się i nas i muffinek.

A wracając do wypieku. Polecam, kiedy nie mamy świeżych owoców, lub też pomysłu na oryginalne połączenie smaków. Albo gdy pada, wieje, przysłowiowe g**** z schrustem z nieba leci a my mamy ochotkę na coś słodkiego, coś co trzeba wyczarować z dostępnych w domu produktów. Chyba, że nie mamy nutelli. Ja na przykład nie miałam jajek, biegłam do sąsiadów....

Wanilia i smak czekoladowo-orzechowej nutelli komponuje się wyśmienicie o każdej porze dnia, roku, cyklu... Dodatkowo mały świderek wykonany przed umieszczeniem babeczek w piekarniku wystarczy, by po upieczeniu ukazały się nam piękne, jakby fantazyjnie zdobione okrąglaski.

 Okrąglaski przypomniały mi oldschoolowy motyw. Szklanki golaski. Pamiętacie???

składniki (na około 9 babeczek)

- szklanka mąki pszennej,
- pół szklanki cukru,
- pół laski wanilii,
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia,
- 1 jajko,
- łyżka serka homo
- 2 łyżki masła klarowanego,
- niecałe 1/2 szklanki mleka
- nutella


Suche składniki mieszamy dokładnie, mąkę najlepiej jest przesiać. Mleko i masło lekko podgrzewamy, łączymy z serkiem i lekko ubitym jajkiem. Masę wykładamy do papilotek umieszczonych w dołkach blaszki do muffinek. Nakładamy po płaskiej łyżce nutelli i końcówką łyżeczki kręcimy świderki tak, by ciasto lekko nachodziło na masę czekoladową. Pieczemy w 180 stopniach, przez mniej więcej 20 minut.

Smacznego. Pa.

czwartek, 10 maja 2012

blondies z masłem orzechowym wg Rachel Allen

Ostatnio nie bywam. Jej, zabrzmiało, jakbym nazywała się Brodka czy Steczkowska. No ale ja nie bywam kulinarnie. W cyber przestrzeni. Bo gotuję nadal, nie głodzę się przed ślubem (choć może pasowałoby czasem sobie czegoś odmówić dla dobra wrażliwości estetycznych naszych gości... no ale wychodzę z założenia, że to serdeczni, dobrze znający mnie ludzie i będą zapewniać mnie o moim lśnieniu na każdym kroku. Oby nie o to lśnienie z Nicolsonem w roli głównej im chodziło...) 

Moim ostatnim wypiekiem było właśnie to blandies. Jeśli lubicie brownies, czy jak kto woli murzynka, wypróbujcie koniecznie jego bladoskórej przyjaciółki, pełnej białej waniliowej czekolady i aromatu orzeszków arachidowych. Dobre. Może nie moje ulubione, bo masło orzechowe lekko tu dominuje -jeśli lubicie, będziecie zachwyceni. Przepis czekał na mnie dość długo w książce Rachel Allen, tutaj macie film instruktażowy (klik), proponuję zwrócić uwagę na prześmieszny akcent Rachel. Miła babeczka, pełna światła i optymizmu. Na mój optymizm dobrze wpływa też głos Blondie. Tra la la!



składniki
-125g mąki (u mnie wkradł się patriotyzm lokalny - użyłam poznańskiej)
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia,
- 100g masła w temperaturze pokojowej,
- 150g masła orzechowego (Rachel poleca to z kawałkami orzechów, ja użyłam gładkiego),
- 175g jasnego brązowego cukru,
- 1 jajko,
- 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego,
- tabliczka dobrej białej czekolady

Zmiksuj masło z masłem orzechowym na puszystą, jasną masę. Dodaj cukier, jajko i wanilię. Połącz. Dodaj przesianą mąkę z proszkiem, dodaj pokrojoną na kawałeczki czekoladę. Piecz (w niedużej kwadratowej lub prostokątnej blasze) w temperaturze 170 stopni, przez 25-30 minut. Nie przejmuj się jeśli wygląda na niedopieczona na środku.  Wystudzone posyp cukrem pudrem i pokrój na kwadraciki.

 

czwartek, 12 kwietnia 2012

sernik czekoladowy

Dzień czekolady. Właściwie to przecież mamy go codziennie. Kosteczka mlecznej na smuteczki, dwie deserowej bo powieka skacze z braku magnezu. Czasem cała tabliczka gorzkiej dla czekoladowo-truskawkowego spa dla duszy. Bywa też, że nie ma kubka kawy bez czekolady. Wtedy mogę nie pić w ogóle! Słyszałam jakiś czas temu, że czekolada jest dobrem, które jeszcze trochę i zniknie z tego świata za sprawą jakiegoś podgryzającego kakaowce robala czy innego chrząszcza. Mam nadzieję, że to nie prawda i że wspaniałe ziarna będą cieszyć nas długo, długo, długo...
Wypiek mnie zachwycił. W moim wykonaniu tylko delikatnie czekoladowy. Mocno czekoladowe desery czasami mnie przerażają, po jednym kęsie mówię pas. Co prawda moja Mama uznała, że dodałaby więcej cukru, dy dodatkowo przykryć kwaskowy smak twarogu, dlatego radzę próbować masy, by znaleźć swój idealny smak.

Zanim podam Wam przepis na ten cudnie puszysty, lekko czekoladowy,
mocno wilgotny sernik, proszę, poczęstujcie się najpiękniejszą
jaką znam czekoladową piosenką.

Na zrdowie zmysłów...



przepis pochodzi z książki Erica Lanlard'a 'Home bake'

składniki

na bazę (której nie robiłam...)

- 125g miekkiego masła,
- czekoladowych ciasteczek

na masę serową

- 200g sera (użyłam twarogu, Eric Filadelfijskiego),
- 400g mascarpone,
- 75g cukru,
- 3 duże jajka,
- 40g kakao przesianego i dodatkowo do posypania, (u mnie tylko 1 płaska łyżka,
- 100g gorzkiej czekolady (u mnie połowa)




Pokrusz ciasteczka, dodaj masło. Wymieszaj, wyłóż w formie, przyciśnij równo i włóż na 30 minut do lodówki.

Sery i cukier zmiksuj na gładką masę. Dodaj jajka i kakao a na końcu topiona czekoladę. Mieszaj aż do połączenia. Wyłóż masę na ciasteczkowy spód. Wyrównaj wierzch i piecz około 50-60 minut do czasu, aż sernik będzie lekko sprężysty na środku, ale nie do końca zcięty. Wyłącz piekarnik i zostaw ciasto na 1h w zamkniętym piekarniku. Wystudź i umieść w lodówce na co najmniej 3h.

Smacznego. Pa.

niedziela, 4 marca 2012

pralinki śmietankowe

Szczęście, zdałam egzamin z fizyki optycznej. Nie wiem jak to się stało, bo część z praw obowiązujących na wykładach nie godzi się z moim rozumieniem załamania światła... A jak nie można zrozumieć, tylko przyjąć i już, wtedy łatwo o pomyłkę... No ale nie o tym, nie o tym....

Z wyborem weekendowych
łakoci jednak się nie pomyliłam

Te pralinki to nie dość, że niezła frajda, to jeszcze rewelacyjna terapia antystresowa. Bo kakao koi nerwy, a kulanie idealnie okrąglutkich pralinek cudnie wycisza. Myślałam, że stracę na nie masę czasu, ale dobrze zorganizowany stół z miseczkami wypełnionymi posypkami i lateksowe rękawiczki (od mamy z gabinetu) ułatwiły mi pracę, i gotowe pralinki pojawiły się szybciutko. Smakiem przypominają mi małe kwadratowe czekoladki z eskimoskiem, które przynosił mi Mikołaj i zostawiał w nie zawsze czystych butach. Marcinku mówi, że przypominają mu nadzienie z czekolad nugatowych. Ogólnie - bardzo udany przepis, wrócę do niego urozmaicając o kokos lub orzechy. Najbardziej tajemniczym składnikiem moich pralinek jest kuwertura, którą mama miała w szafce kuchennej. Podobno takie coś ma o około 30% więcej ziarna kakao niż najlepszej jakości czekolada. Nie wiem na ile wpłynęła na smak pralinek, ale warto poznać nowy produkt :)

składniki

- 250ml śmietanki kremówki
- laska wanilii
- 2 tabliczki mlecznej czekolady (dla delikatniejszego efektu użyłam 1 łaciatej milki)
- 30g masła,
- 1 grudka kuwertury (wielkości orzecha)

dodatkowo
- 3 łyżki ciemnego kakao,
- 3 łyżki kakao
- 3 łyżki cukru pudru

Śmietankę zagotowujemy z przekrojoną wzdłuż laską wanilii. (Ewentualnie dodajemy łyżkę cukru). Rozprowadzamy w nim kuwerturę. Wyjmujemy laskę wanilii. Na garnku z gorącą śmietanką topimy czekolady i przekładamy do śmietanki. Schładzamy. Masło miksujemy, dodajemy masę pralinkową, ponownie schładzamy. Formujemy kuleczki, obtaczamy w wybranej posypce, przed podaniem wkładamy do lodówki.

Smacznego. Pa.

sobota, 31 grudnia 2011

tort tiramisu z malinami


 dobrego roku 
o smaku szampana 
i tiramisu z malinami

Nie będę dziś bawić się na wielkiej sali, podziwiam moich rodziców, którzy co roku potrafią przetańczyć całą noc. U nas tradycyjnie już domówka, w bardzo wąskim gronie, właściwie to kolacja której towarzyszyć będzie szampan i przerywnik w postaci tych strasznych hałasów o godzinie 24. Jakoś petardy, szczególnie te które słyszę już teraz za oknem, nie mające żadnych efektów poza dźwiękowymi działają na mnie bardzo źle. jak na Fredka, naszego jamnika który zawsze w Sylwestra miał tak zwanego galara.... Ale wiecie co lubię? Na osiedlu na którym mieszkałam, ktoś (chyba właściciel hurtowni sztucznych ogni) zawsze w Nowy Rok fundował nam piękny ponad godzinny pokaz. Myślę, że najdroższe fajerwerki, które się nie sprzedały, po prostu musiał zużyć, by się nie przeterminowały i tym oto sposobem mieliśmy piękny festiwal barwnych parasoli, spadających kaskad i migoczących palm.

W nadchodzącym roku chcę Wam życzyć piękna i dobra. Zdrowia życzymy sobie na święta, więc nie będę już o nim wspominać, choć powiem szczerze, że mi by się przydało... leżę pod kocem, zamiast malować paznokcie na chanelowską czerwień, mam w tym odcieniu nos i żaden kolor makijażu do niego nie pasuje. Jem wspaniałe tiramisu z malinami i wsłuchuję się w kojący głos Carli. Tak więc czy spędzacie dzisiejszy wieczór we dwójkę w wannie, w setkę na zabawie czy w pojedynkę pod kocem, bądźcie szczęśliwi! Do siego roku!



przepis na tort tiramisu z malinami i grappą

- ser mascarpone 250g,
- 500ml śmietany 36 % (tym co są na diecie po prostu tego nie mówcie),
- pół szklanki cukru,
- biszkopty (najlepiej paluchy w cukrze),
- mocna kawa z dodatkiem alkoholu (miałam malinową grappę)
- maliny (miałam w syropie, z Lidla, nie polecam. Blade i kwaśne)
- kakao najlepszej jakości

Parzymy mocną kawę (około kubka wystarczy). Słodzimy ją lekko i dodajemy alkohol. Biszkopty kładziemy w formie i po prostu polewamy je kawą, szkoda czasu na moczenie ich w głębokim talerzu. Śmietanę ubijamy z cukrem, po czym delikatnie mieszamy z serem. Im mniej mieszania, tym masa bardziej gęsta.

Część masy przekładamy na biszkopty i układamy osączone maliny. Przykrywamy je delikatnie resztą masy i wyrównujemy. Posykujemy tartą na duże wiórki czekoladą i posypujemy kakao.

Smacznego. Pa.

wtorek, 27 grudnia 2011

świąteczne ciasteczka czekoladowe Nigelli

Wracam po Świętach, po tradycyjnej już dla siebie przerwie, podczas której zapominam o pstrykaniu, pisaniu i publikowaniu. Mam nadzieję, że spędziliście ten magiczny czas z najważniejszymi dla siebie ludźmi, w piękny sposób. Siedzę z kubkiem gorącej rooibos, właśnie przeczytałam post na blogu Ani Muchy. W skrócie o tym, że książka Nigelli jest ni mniej ni więcej, tylko bublem. I teraz mówię ja 'HMMM...' Zgodzić się czy się nie zgodzić? Czy fakt, że składniki w przepisach nie są dostępne w żabce tuż za rogiem już dyskwalifikuje książkę? Pani Aniu... chyba nie. Tak na prawdę rzeźbienie w podanym przepisie jest dopiero frajdą. Lawirowanie między składnikami mniej dostępnymi i żonglowanie proporcjami sprawia, że książki kucharskie są dla nas tylko inspiracją. Pamiętacie ten teks z Amelii? Tylko głupiec patrzy na palec, gdy palec wskazuje niebo... Tak samo ja patrzę na dania w książkach. Jak na wskazówki. Nie rozwiązania. Oczywiście zgodzę się, że w przypadku Nigelli można ulec magii lampek migoczących w jej kuchni i całej tej atmosferze, zamiast skupić się na treści, jednak dzięki temu jej programy tak bardzo odprężają mnie w niedzielne poranki. Dlatego lubię smaczne a nie tylko lekkie i zdrowe potrawy. Dlatego nie wyglądam jak Anja Rubik, tylko jak lalka Zuzia. I to chyba dobre. Bywa też, że przepis zdaje mi się niekompletny i muszę dodać coś od siebie i to też jest dobre. Bo czuję się jak ktoś, kto stawia ostatnią kropkę nad przysłowiowym i.

Na pewno trafiacie na książki które poza tym, że są i wyglądają nie nadają się do wcielania w życie, bo przepisy w nich zawarte zawierają błędy. Wtedy zawsze mruczę sobie pod nosem, że niestety, na nieszczęście wydawcy nie udaję że lubię gotować i moje książki nie zdobią tylko półek w kuchni tylko po to by udowodnić, że umiem czytać. Ja z nich korzystam, i mimo, że nie trzymam się kurczowo przepisów, to nierzadko przepis na na przykład wołowinę w papryce bez papryki choćby chciał, nie umknie mojej uwadze.

Na przekór, ten przepis jest autorstwa Nigelli właśnie. Nic nie dodałam, pominęłam polewę do ciasteczek, za to udekorowałam je kolorowymi groszkami. Przyozdobiły nasz świąteczny stół i mimo, że nie były w stanie pobić wypieków mojej Mamy, upiekę je raz jeszcze. Są kruche, aromatyczne i czekoladowo maślane.

składniki (na około 24 ciasteczka)

- 250g miękkiego masła
- 150g miałkiego cukru
- 40g kakao
- 300g mąki
- 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia

- 2 łyżki kakao
- 175g cukru pudru
- 60ml wrzątku z czajnika
- 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
- świąteczna posypka


Rozgrzej piekarnik do 170 C i wyłóż blachę papierem do pieczenia.
Utrzyj w misce masło z cukrem. Gdy już otrzymasz lekką, miękką, puszystą masę, dodaj kakao, potem mąkę z sodą oczyszczoną i proszkiem do pieczenia. Jeśli wolisz, zmiksuj wszystkie składniki naraz.

Ciasto będzie miękkie i lepkie. Ciasteczka najłatwiej robi się w jednorazowych rękawiczkach lateksowych. Urwij więc kawałek ciasta wielkości dużego orzecha włoskiego, ukręć z niego kulę i spłaszcz na gruby placek. Ułóż krążki na blasze do pieczenia w odstępach, zwykle mieści się 12 sztuk.



Piecz każdą partię 15 minut; nawet jeśli ciastka nie wyglądają na wypieczone, dojdą w czasie stygnięcia. Mogą być lekko popękane na wierzchu.

Postaw blachę z ciastkami na chłodnej powierzchni na 15 minut, a następnie przełóż je na metalową kratkę z płachtą gazety pod spodem (będzie na nią spadać nadmiar przybrania).

Aby wykonać przybranie, zmieszaj kakao, cukier puder, wrzątek i ekstrakt waniliowy w małym rondlu na małym ogniu i mieszaj trzepaczką, aż składniki się połączą w jednolitą masę. Zdejmij z ognia i odstaw na 10 minut.

Gdy ciastka ostygną, polej wierzch każdego łyżką czekoladowej glazury − żeby przykleić do niej posypkę. Po przygotowaniu sześciu ciastek ozdabiaj je kolorową posypką, póki polewa nie wyschnie.

czwartek, 13 października 2011

muffiny z malinami i białą czekoladą


Są dni, kiedy bez cienia wątpliwości pieczemy coś dla siebie. Nie krążą wtedy po głowie myśli czy IM, JEMU, JEJ będzie smakowało, tylko - dodam więcej czekolady, bo tak właśnie lubię! Ja! I takich dni życzę dziś sobie i Wam jaknajwięcej. By kuchnia była miejscem w którym tworzymy również z myślą o sobie. Ja taki dzień miałam wczoraj, by dziś cieszyć się tymi przepysznymi muffinami. Smakują najlepiej gdy wystygną, wtedy czekolada znów z płynnej staje się stała i cieszy jeszcze bardziej. Śmiem twierdzić, że lepszych jeszcze nie upiekłam. W ramach 'treat yourself' zrobiłam nawet coś więcej. Wyczyściłam do połysku piekarnik. Często używany, chwilami patrzył jakoś tak krzywo zza pochlapanej szybki, więc poprawiłam sobie i jemu humor. Miło było dziś rano z kubkiem gorącej kawy siedzieć w kuchni i uśmiechać się do swojego odbicia w czystej szybce. Zapraszam dziś wszystkich na muffiny. Miłego dnia!


składniki na 12 muffinek

- szklanka mąki,
- pół szklanki cukru
- mleko + jajko + łyżka jogurtu naturalnego + 3 łyżki roztopionego masła
(tak by całość dała szklankę płynu)
- tabliczka białej czekolady,
- 200g malin
- łyżeczka (płaska) proszku do pieczenia i druga sody oczyszczonej


Suche składniki, łącznie z pokruszoną na drobne kawałki (kosteczna na4) czekoladą mieszamy, dodajemy mokre składniki, na końcu delikatnie dodajemy maliny. Wypełniemy papilotki (piękne słowo...) masą i pieczemy około 25 minut w temperaturze 180 stopni.

Smacznego. Pa.

czwartek, 22 września 2011

jogurt czekoladowy z malinami

Lekki deser, skomponowany z równoważących się składników. Czekolada przełamuje kwaskowy jogurt, on z kolei odbiera tej pierwszej nadmiar słodyczy. Do tego maliny, które całość przemieniają w świeżość i jeszcze raz świeżość. Przepis jest dodatkiem do kolejnego odcinka 'Przyjaźni od kuchni'. Zapraszam, oto próbka.


"Emilia obudziła się bardzo wcześnie rano. Nie chcąc budzić domowników, na palcach pobiegła do toalety. Niesamowite, jak prędko dały znać o sobie pierwsze objawy ciąży. Jeszcze trochę i będzie wstawać po kilka razy w ciągu nocy. Miała nadzieję, że do tego czasu zbliży się do Hanny i Janusza na tyle, by się nie krępować. Ubrała się szybko, poprawiła burzę loków, po czym udała się do kuchni, jej ulubionego miejsca w nowym miejscu zamieszkania. Czajnik pełen wody zaczął wydawać z siebie głośne trzaski. To kamień na dnie podskakiwał pod wpływem ciepła wody...."


Ciąg dalszy można przeczytać na serwisie bobyy.pl

składniki

- 500 ml greckiego jogurtu,
- 100g czekolady 70%,
- 150g malin,
- 3 łyżeczki cukru

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej. Przestudzić i wymieszać dokładnie z jogurtem i cukrem. Do miseczek nakładać umyte owoce, przykryć jogurtem. Wstawić do lodówki na 1h, udekorować owocami.

Smacznego. Pa.



piątek, 26 sierpnia 2011

serniczek straciatella i William Wharton

Ostatnio książkowo, znaczy u mnie tyle co słodki post. I w sumie tak już pewnie zostanie. Bo jeśli książka sama nie nasunie mi kulinarnej inspiracji, to pokazuję to, co zazwyczaj uzupełnia mój czas spędzony nad lekturą. Zazwyczaj jest to kawa i coś słodkiego.

O słodkim już za chwilkę, najpierw kilka słów o książce i autorze. Moją fascynację twórczością Williama Whartona miałam w czasie gdy chodziłam do szkoły średniej. Wtedy każda kolejna książka która wpadała mi w ręce, musiała być właśnie spod jego pióra. I tak jak to zwykle bywa, przejadło się. Wtedy na jakiś czas musiałam odpocząć. I wiecie co? Ten odpoczynek trwał aż do tego roku. Niezbyt często wracam do raz przeczytanych książek, ale whartonowskie mają coś, co po prostu mnie przyciąga. Między innymi'Rubio',
'Niezawinione śmierci', 'Tato', 'Spóźnieni kochankowie' i 'Franky Furbo'.

Niedawno wróciłam właśnie do Frankiego. Książka tajemnicza i baśniowa. Właśnie takie lubie najbardziej. Fikcje, które niby osadzone tu i teraz, ale dzieją sie w nich niezbyt realne rzeczy. Franky jest na przykład wspaniałym, niezwykle mądrym liskiem. Mieszkającym w wielkim starym drzewie. Pewnego dnia ratuje z pola bitwy autora (Williama) i młodego Niemca. Dwóch mężczyzn walczących po przeciwnych stronach frontu. Franky leczy ich, w kilka chwil telepatycznie uczy ich wspólnego języka, pokazuje co w życiu jest ważne, a co nie. Tłumaczy, że nawet wróg ma w domu żonę i dzieci i niekoniecznie stoi przed nimi z karabinem z własnej woli. Cała ta historia jest opowiadana dzieciom przed zaśnięciem. William mówi o lisku tak obrazowo, że do końca nikt nie wie, czy lisek istnieje na prawdę. By się o tym przekonać, zaczyna się powrotna podróż Williama do starego drzewa.... Lubicie takie klimaty? Ta książka jest klasyką tego właśnie fikcyjnego gatunku. Polecam. A do tego zimny serniczek striaciatella, na bazie sera mascarpone. Dawno nie robiłam nic prostszego i równie smacznego.



składniki (podane na oko, bo serniczek robiłam bardzo spontanicznie)

- duże opakowanie sera mascarpone (nie pamiętam pojemności...500ml ??)
- 30ml śmietanki kremówki,
- opakowanie ciastek Petite Beurre
- łyżka kakao,
- 2 łyżki masła,
- 5 łyżek cukru pudru,
- czekolada do potarcia (70%)

Ciesteczka kruszymy wybraną metodą, u mnie zwykle malakser. Dodajemy roztopione masło i kakao. Wykładamy na dno formy. Odstawiamy do lodówki. Śmietankę ubijamy z cukrem. Dodajemy delikatnie mascarpone (im mniej mieszane tym bardziej gęste pozostaje) i część otartej czekolady. Wykładamy na ciasteczkowy spód. Odstawiamy na conajmniej 2 godziny do lodówki. Przed podaniem posypujemy tartą czekoladą.


Post powstał ku pamięci pisarza, dzięki któremu zaraziłam się czytaniem na dobre...

Smacznego. Pa.



czwartek, 14 lipca 2011

mocno czekoladowe ciasto z owocami leśnymi


Truskawki już niemal się skończyły, za to poziomek jeszcze kilka można w lesie znaleść. Na nalewkę malin leśnych wystarczy, a nawet na kilka dżemów, bo nasza malinowa polana cała w owocach. Jagody zbieram o tej porze zawsze między jedną a drugą rodzinką kurek, a borówki amerykańskie... no cóż. I teraz zburzę ideę tego posta - otóż borówki są w marketach...
Naszła mnie ochota na przeraźliwie czekoladowe ciasto. Takie i z topioną prawdziwą czekoladą i z mocnym, gorzkim kakao. Przewertowałam wszystkie książki i nic. Zaczęłam więc szukać w blogoswerze i jest. Takie właśnie jakie mi się w głowie ubzdurało i nie dawało spokoju. Tak na prawdę Dorotuś i jej Wypieki zobaczyłam jakiś czas temu na innym blogu. (jak to się stało że wcześniej nie trafiłam? nie wiem...) Postanowiłam dołączyć do reszty wyznawców, i z ręką na sercu przyznać, że wypiek toćka w toćkę zrobiony z przepisu, wyszedł idealnie! Tylko moje fotografie nie dorównują oryginałowi. To jednak uważam za sprawę drugiego rzędu, a na cześć Dorotuś chyba napiszę jakiś psalm...

składniki
(jedyne co zmieniłam w przepisie, to smak galaretki z wiśniowej na owoce leśne)

-1/2szklanki mleka
-50 g czekolady 70%
-1 szklanka mąki pszennej
-pół szklanki kakao
-pół łyżeczki proszku do pieczenia
-pół łyżeczki sody oczyszczonej
-1 jajko
-2/3 szklanki drobnego cukru do wypieków (do max 3/4 szklanki)
-70 ml oleju słonecznikowego (około 1/4 szklanki)
-pół szklanki kwaśnej śmietany
-1 łyżeczka ekstraktu z wanilii



Mleko podgrzać. Do gorącego dodać połamaną czekoladę, wymieszać, do rozpuszczenia czekolady. Ostudzić. Mąkę pszenną, kakao, proszek do pieczenia i sodę oczyszczoną przesiać. Jajko utrzeć mikserem na jasny krem. Dodać cukier i dalej ucierać. Wlać olej, śmietanę, ekstrakt i zmiksować. Dodać ostudzone mleko i zmiksować. Do zmiksowanej masy dodać przesiane składniki, krótko zmiksować, tylko do połączenia się składników. Formę tortownicę o średnicy 23 cm wyłożyć papierem do pieczenia (same dno). Przelać do niej ciasto, wyrównać. Piec w temperaturze 160ºC przez około 25 - 35 minut, do tzw. suchego patyczka. Wyjąć, ostudzić. Ciasto urośnie z lekką górką - można ją delikatnie ściąć nożem, by wyrównać ciasto lub jeszcze ciepłe ciasto odwrócić spodem do góry i ułożyć na paterze, wystudzić. Wokół ciasta zapiąć z powrotem obręcz tortownicy.

- ulubione (bądź możliwe do zdobycia) leśne owoce
- 2 galaretki wiśniowe (użyłam z owoców leśnych)

Galaretki rozpuścić w 750 ml wrzącej wody (czyli używamy o 1/4 mniej wody niż zaleca opakowanie). Wystudzić, schłodzić do momentu gdy galaretka stężeje na tyle, że będzie ją można wyłożyć na owoce (uwaga: zbyt rzadka galaretka wsiąknie w ciasto). Na ciasto zapięte w obręcz wyłożyć równo owoce, zalać tężejącą galaretką. Schłodzić w lodówce, do całkowitego stężenia galaretki. Ostrożnie uwolnić ciasto z obręczy i podawać.

Smacznego. Pa.

piątek, 8 lipca 2011

mocha frappe z D.Marleyem w tle


Gorąco. Parno. Jakoś tak burzowo. Oby ta burza przyszła jaknajszybciej, przywracając niezbędny do życia tlen, bo autentycznie, łykając zachłannie powietrze czuję się jak rybka wyjęta ze szklanej kuli. A świat po burzy jest jakby bardziej kryształowy. Niby nie ma mgły? No nie ma... ale zaraz po burzy i ulewie znikają najmniejsze nawet pyłki i wszystko jest nowe, czyste, SOczyste.

A póki co, skoro burza nie przychodzi, co godzinę powtarzam sobie (cicho wierzę, że nie tylko ja), 'jeszcze jedna kawa i..... (tu pada cała seria -wykonam telefon odkładany od tygodnia, -wystawię fakturę, - umyję naczynia, bo okien przed burzą to raczej nie ma sensu'.)

One cup of coffee, then I'll go



Utwór w wykonaniu ukochanego przeze mnie Damiana, polecam nie tylko do picia kolejnej kawy. Z największą przyjemnością dołączę reggae do akcji Obee.

składniki

- mocna kawa (proponuję espresso)
- kilka kostek lodu,
- cukier (jeśli słodzimy. Ja jakoś nie mogę zrezygnować ze słodzenia kawy, choć prób było wiele)
- filiżanka zimnej wody,
- mleko 3,2%,
- sos do deserów o smaku czekolady

Espresso wlewamy do blendera, dodajemy cukier, wodę, mleko i lód. Miksujemy około 3 minut. Przelewamy do wysokiej szklanki, ciesząc się cudnymi akrobacjami jakie spieniony napój wyprawia specjalnie dla nas. Gdy piana lekko oddzieli się od kawy, na ściankach szklanki lekko wyduszany sos czekoladowy. Pycha!

Smacznego. Peace love and reggae. Pa.

środa, 1 czerwca 2011

dzień dziecka, czyli why blondies loves brownies


Nie istotne ile miałabym lat, moi rodzice zawsze zadzwonią do mnie w tym dniu. Czy będę poza granicami kraju, czy tak jak teraz niecałe 200 kilometrów od domu. Nigdy nie zapomnę gdy mama budziła mnie buziakiem, kiedy jeszcze mieszkałam w domu rodzinnym, w Poznaniu. Takich dni dziecka już pewnie nie doświadczę, prędzej to ja będe budzić kogoś za kilka lat, składając takie same, matczyne, pełne troski i miłości życzenia.Co by nie mówić, dziecięcy chochlik mieszka we mnie nadal, (czasem na szczęście, czasem niestety nie), więc piekę pełne czekolady, cudowne, najwspanialesze i najprostsze brownies. Są takie jakie powinno być dzieciństwo. Oto dlaczego blondies loves brownies.

Przepis od Titli Nihaan, kobiety która mimo swojego wieku ma w sobie dziecinną iskrę i radość życia. Nie znacie jej jeszcze? Polecam jej filmiki z przepisami. Najlepsze na smuteczki.

składniki (przepis Titli Nihaan na 'ultimate brownies')

- 200g masła lub margaryny,
- 400g cukru,
- 225g mąki,
- tabliczka (200g) czekolady o zawartości 70% kakao,
- 4 jajka,
- 1 łyżka ekstraktu waniliowego,
- 1 łyżeczka soli

W kąpieli wodnej rozpuść czekoladę. Mikserem utrzyj na puszystą masę cukier, jajka i wanilię. Miksuj około 10 minut. Do stopionej czekolady dodaj rozpuszczone masło, wymieszaj i dodaj do jajek. Następnie dodaj sól i mąkę i wymieszaj delikatnie około pół minuty.
W tym momencie Titli wspomina o możliwości dodania dowolnych dodatków, np. orzechów czy czekolady. Moim zdaniem plain brownies są najlepsze.
Do wysmarowanej masłem prostokątnej formy przelej masę, i piecz w 180 stopniach, przez 30-35 minut. Po przestudzeniu podziel na niewielkie kwadraty.

Smacznego. Pa.

niedziela, 20 lutego 2011

żytnie bułeczki z wiśniami i czekoladą


Czekoladowy weekend zaraz się skończy, więc czym prędzej 'klecę' post, by podzielić się wypiekiem, który równie dobrze mógłby uczestniczyć w akcji 'zamknij się w kuchni i twórz z tego co w niej masz'. Przedstawiam drożdżowe bułeczki, wykonane z razowej mąki, nadziane wiśniami i czekoladą, posypane czekoladową kruszonką. Dżem wiśniowy robiony przez moją najwsopanialszą Mamę z naszych ogrodowych wiśni (swoją drogą bułeczki upiekłam dla OMC męża, sama za wiśniami nie przepadam). Czekolady, zwłaszcza te gorzkie, jemy niechętnie, a nazbierało się ich w naszym łakociowym kuferku sporo. Połączenie tych dwóch składników, jak to powiedziała Maggie - oldschoolowe. No fakt, owa para znana z wielu klasycznych deserów. U mnie na doczepkę mąka razowa i..... powiem szczerze, efekt zaskakujący, ciekawy, jednak kolejnym razem upiekę je ze zwykłej mąki, a zapach mąki żytniej zostawię dla wytrawnych wypieków.

składniki (z danego przepisu wyszło mi 12 bułeczek)

- 500g mąki razowej (lub pszennej, jeśli chcecie)
- pół kostki drożdży,
- szklanka gorącego mleka
- szklanka cukru,
- 1 jajko,
- pół kostki roztopionego masła,
- dżem wiśniowy z całymi owocami,
- gorzka lub deserowa czekolada,
- na kruszonkę - 1łyżka masła, 2 łyżki mąki, 1 łyżeczka kakao, 1 łyżka cukru,

W gorącym mleku rozrobiłam drożdże, dodając szczyptę cukru. Do mąki przelałam zaczyn i jajko wymieszane z cukrem, oraz masło. Wyrobiłam i odstawiłam na pół godziny do wyrośnięcia. Następnie wilgotną dłonią formowałam porcje ciasta, na płaskie placuszki nakładałam po kawałku czekolady oraz wiśnie z dżemu. Gotowe bułeczki ułożyłąm na wysmarowanej masłem blasze, smarowałam żółtkiem i posypywałam kruszonką. Piekłam w rozgrzanym piekarniku, w 170 stopniach, przez 25 minut. Gotowe posypałam cukrem pudrem.

Smacznego. Pa.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...