Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gruszki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gruszki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 marca 2013

apetyczne imbirowo gruszkowe muffiny od 'apetycznej panny dahl'

Dawno nie piekłam muffinek. Co prawda w końcu dotarliśmy do punktu w którym wiem o jakie wyśnione babeczki chodzi Marcinku, ale o nich tu dziś nie będzie. Bo jemu chodzi po prostu o biszkoptowe magdalenki. No niestety. Muffiny z otrębami będą inne. No będą, prawda? Takie nieco bardziej śniadaniowe niż po prostu, do kawki. I takie właśnie lubię.

 Przepis pochodzi z książki 'Apetyczna panna Dahl' i może słów kilka dla tych, którzy zastanawiają się nad zakupem, lub jeszcze nie mieli okazji książki przejrzeć. W moim odczuciu to bardzo kobieca, miła książka, zbierająca nie tylko przepisy, ale także opowiadania związane z autorką i smakami jakie w jej życiu się pojawiały. Bardzo ciekawe, miłe wspomnienia. Jeśli z kolei chodzi o przepisy, to zawiera moim zdaniem wszystkie 'musthave' pierwszej książki kucharskiej. Chlebek bananowy, zupa cebulowa i kilka innych, jednak nie chcę przytaczać reszty, w końcu każdy może trafić na dany przepis (bądź jego wersję) po raz pierwszy. Dodatkowo piękne zdjęcia, całość w macie, który moim zdaniem dodaje ciepła i  miękkości. Najlepiej zapamiętałam tekst o zimnych dłoniach. Jako, że sama mam zawsze zimne, już wiem dlaczego. Otóż mam ręce stworzone do zagniatania kruchego ciasta. Ha! Muffiny są pierwszym, ale nie ostatnim przepisem na który się decyduję. Kolejne będzie curry taty Sophie. Proste, bez tysiąca składników ale szalenie mnie zaciekawiło. Jeśli się uda, podzielę się z Wami wrażeniami. Tymczasem muffiny...

środa, 31 października 2012

ciasto mokka z gruszkami

Wypiek w moim wypadku nietypowy, bo poranny. Zazwyczaj piekę po pracy, lub wieczorem, by się wyciszyć, albo zrelaksować po dziwnym dniu. Ten został upieczony ze smętnych gruszek, błagających by przygotować z nich coś smacznego. Były już całkiem poobijane , ale przez to soczyste, najlepsze na obróbkę. Część zagospodarowała Mama, przygotowując pyszny kompot z imbirem i cynamonem, którego nawet trochę wypiłam, choć kompoty - te bardziej do jedzenia niż do picia nie są tym, co lubię... Drugą część gruszek porwałam ja. Miało być zwyczajnie, czekoladowo, coś mnie jednak podkusiło i dolałam do ciasta espresso. Całe, mocne, czarne jak smoła espresso.Ciasto mogłoby być bardziej wilgotne, dlatego następnym razem planuję przygotować je z połowy składników, tak by owoce zdołały nawilżyć całe ciasto.


Moja mokka może nie jest nadzwyczajnym ciastem, ale do kubka rooibos pasuje jak najlepiej. Poza tym wspaniale poprawia mi humor, a trzeba go było poprawić, bo na samym czubku nosa pękło mi naczynko. Nie tragedia, ale już małe ups. Nikt nie widzi, ale ja widzę! Znacie to? Liczę, że nie jestem odosobnionym przypadkiem...





składniki

- 5 jajek w temperaturze pokojowej,
- kostka masła,
- 2 szklanki mąki,
- 1 szklanka białego cukru,
- łyżeczka proszku do pieczenia,
- 1 filiżanka espresso,
- 2 łyżki najlepszego kakao
- 2 duże, soczste (najlepiej przejrzałe) gruszki


Jajka ucieramy z cukrem, do powstania jasnej, gęstej masy. Dodajemy miękkie masło, miksujemy. Przesiewamy mąkę z kakao i proszkiem, mieszamy, dolewamy espresso. Masę wylewamy na natłuszczoną blaszkę, układamy gruszki lekko wciskając w masę. Pieczemy dobrą godzinę w 180 stopniach. Sprawdzamy patyczkiem, moje ciasto było dobre po godzinie i 10 minutach, ale miałam okrągłą blaszkę i mocno wyrosło. Wedle uznania pod koniec posypujemy migdałami, lub po wystygnięciu samym pudrem.

Smacznego. Pa.

środa, 25 lipca 2012

weselne menu

Dziś bez przepisu. Za to kilka wspomnień, kilka zachwytów i jeden upadek. Niewielki. I tylko mój. No ale był. Ale od początku... Ustalenie weselnego menu zajęło nam jakieś dwie godziny dyskusji. Mama, przyszły mąż, managerka hotelu i ja. Marcinku ledwo co wytrzymało, ale na wszelki wypadek nie dawało po sobie poznać w czym rzecz. Chociaż stawiając się w jego sytuacji... nie! Nadal nie rozumiem, w końcu ustalaliśmy coś ważnego. Z resztą dla niego jak i dla mnie jedzenie stanowi ogromny życiowy rozdział i nie mogliśmy potraktować menu tak ważnego jak weselne po macoszemu. Nie mogliśmy i już.




Dając komuś wolną rękę równie dobrze mogliśmy zabrać gości do sieciowej pizzerii. Ot, takie moje zdanie. O tym, że nie było rosołu już wspominałam i przyznaję, że ten czerwcowy dzień był tak upalny, że całe szczęście że ta tradycyjna rozgrzewająca trzewia zupa nie wjechała na 'dzień dobry'. Popłynął by wraz z moim makijażem każdy jeden osobnik pod krawatem i w marynarce, które bądź co bądź na początku wesela dla trzymania ramy każdy facet miał na sobie. Potem to już inna bajka, ale cóż - wiadomo w czym rzecz. 


Wracając do zupy. Migdałowo szparagowa, z palonymi migdałami. Troszkę się ich wystraszyłam, bo prażone to ja rozumiem, ale palone? Nie będą gorzkie? No nic. Gościom smakowało, co najważniejsze. Na drugie danie wsród różnej maści mięs, pojawiły się w akompaniamencie regionalnych pyz wołowe zrazy. Męska rzecz, przyznaję, że nie jadłam. W gorsetowej sukni było mi niezwykle ciężko zjeść więcej niż kilka kęsów kurczaka. Za to jakiego! Byłam w niebie. Piersi lekko podsmażane, nie gotowane jak do tradycyjnej potrawki, podane z białym sosem winogronowym. Dla mnie danie wieczoru. Bajka po prostu. Z pewnością postaram się coś podobnego przygotować w domu. Może na pierwszą rocznicę ;)

O reszcie dań długo by pisać, a że nie zwykłam pisać przydługawych postów, przejdę od razu do tortu. Przy nim to właśnie pojawił się mój dramat. Właściwie para dramatów. Dwie wielkie race. Paskudne. Nienawidzę ich. Miałam minę skwaszoną że ho ho. Wytłumaczyli mi - że tak się robi i już i mam nie robić afery. Nie zrobiłam, wiadomo - rama i fason ;) Jednak smak który wybraliśmy rozwiał gdzieś mojego foszka i wraz z gruszkami połknęłam całą niechęć do tych paskudnych rac. Tort gruszkowy odtąd co roku będzie u nas gościł. Pokochałam go miłością tak ogromną, że ciężko mi to opisać. Psychoza? Możliwe, jednak rzadko kiedy trafiamy na ciasto - podkreślmy - zamawiane, które jest idealnie słodkie, kwaśne, puszyste, zwarte, najlepsze. A ten tort właśnie taki był. Jestem szczęśliwą mężatką. Mąż był szczęśliwym zjadaczem zrazów. Oby nam tak zostało w naszym szczęściu. Amen.



wtorek, 27 września 2011

gruszki zapiekane pod marcepanem

W podstawowej wersji ten deser jest tartą. Po prostu gruszki w tej samej formie, leżą na prześcieradle kruchego ciasta. Postanowiłam jednak z niego zrezygnować, tworząc przy tym deser przede wszystkim owocowy. Jeszcze Wam nie zdradzałam, ale uwielbiam marcepan. Pamiętam, gdy rodzice w ciężkich chwilach podsuwali mi go, by poprawić moje samopoczucie. Wtedy byłam mocno chora. Gdy postanowiłam postawić wszystko na jedną kartę i wprowadziłam się, mama podarowała mi puszkę mówiąc - 'otwórz dopiero na miejscu'... w środku między innymi sentymentalnymi rzeczami które mam do dziś, był mój ulubiony chlebek, w białej i czarnej czekoladzie. Można powiedzieć, że marcepan stanowi w moim życiu taki szczegół, jak dla ludzi z reklamy Merci... Może to troszkę ckliwe porównanie, ale żadne lepsze nie przyszło mi do głowy.

Przepis pochodzi z tej oto książki

Jest fantastyczna, każde danie przedstawione jest w wersji mięsnej i jarskiej, w której pojawiają się tofu, tempeh, parówki sojowe, wodorosty nori, seitan i wiele wiele innych. Dodatkowo przy każdym przepisie znajdziemy tabelkę z oznaczeniami odnośnie przeciwutleniaczy, zawartości wapnia, żelaza, witamin z grupy B. Całość zgrabnie podzielona została na cztery części, dedykowane przepisom na wszystkie pory roku. Od tych lekkich, po pożywne i rozgrzewające. W polskiej wersji językowej, książkę wydała MUZA.

składniki

- 2 dojrzałe gruszki,
- pół chlebka marcepanowego,
- płatki migdałów,
- golden syrup,
- gęsty jogurt naturalny

Gruszki obieramy zachowując ogonki. Kroimy na pół, wydrążając gniazda nasienne. Marcepan kroimy w drobną kostkę, umieszczamy w powstałych zagłębieniach. Całość polewamy syropem i posypujemy płatkami migdałów. Zapiekamy około 25 minut w temperaturze 160 stopni, na ostatnie 5 minut włączając opcję grilla. Podajemy z jogurtem.

Smacznego. Pa.

poniedziałek, 16 maja 2011

Smaki życia 16 - tarta gruszkowo migdałowa


Niedzielny poranek stanowił dla Hanki najbardziej wyczekiwany moment w tygodniu, jednak nie tym razem. Wstała po godzinie jedenastej, marząc o aromatycznej kawie z dużą dawką cukru, by czym prędzej wejść na wysokie obroty.
- Witaj Coco. Widzisz te ogromne worki pod moimi oczami? Zaraz przyłożę kostki lodu, może pomogą. Tak? A ja jak widzisz spałam marnie. I wogóle krótko. Do późna zastanawiałam się co też może łączyć Janka z tą niesamowitą dziewczyną. Ah, mówię ci Coco. Takich pewnych siebie kobiet świat powinien być pełen. Nie masz pojęcia jak chciałabym być do niej podobna. Taka stanowcza, biorąca życie za rogi. Byka mówisz? No tak, byka.
Pijąc czarną mocną kawę Hanka lekko ukryła oznaki bezsennej nocy najjaśniejszym jakim tylko mogła korektorem. Kostki lodu pomogły, kamuflaż również, więc z uśmiechem na ustach wybrała karminową sukienkę. Takie spotkania traktowała jak święta, a po głosie Justyny z którą umówiła się już przedwczoraj czuła, że ta czerwień może być jedynym pozytywnym kolorem spotkania. Przeglądając się w lustrze w przedpokoju usłyszała kroki na klatce. Cichutko na palcach bosych stóp podeszła do judasza by zobaczyć czy to przypadkiem nie Wiktor.
- Dziękuję za ostatni spacer - powiedziała cichutko przyklejona do zimnej tafli . Wiktor zatrzymał się przed drzwiami Hanki i po krótkim wahaniu, z dłonią zawieszoną w geście pukania poszedł dalej. Hanka osunęła się czując coś podobnego do głodu w brzuchu. Nie była pewna czy sąsiad ją zauważył. Chciał wejść, może też myślał o nocnym spacerze? Z przyspieszponym biciem serca Hanka porwała torebkę i poszła na spotkanie z przyjaciółką.

Justyna chwilę się spóźniała, jednak Hanka lubiła siedzieć pod Pręgierzem, obserwując pary zakochane w sobie i w Poznaniu. Zawsze zastanawiała się gdzie kochankowie udadzą się na kawę, lub jakie filmy w kinie zobaczą. Gusta odgadywała z subkultur, do których ewidentnie należeli.
- Cześć Hanuś, wybacz, że zawsze na mnie czekasz. - powiedziała zdyszana Justyna.
- Nie ma sprawy, widzę, że nawet nie zdążyłaś oddać tetry dzieciom. - wskazała na pieluszkę, którą przyjaciółka trzymała w dłoni
- No ładnie. I ja tak przez cały deptak szłam. Ludzie musieli mieć ubaw!
- Matka Polka roku, nie widzę nic śmiesznego. Złap oddech i choć. Pomilczymy chwilkę i zabiorę Cię na coś pysznego. - posłała Justynie najszczerszy uśmiech jaki chowała tylko dla niej. Pod rękę niczym para z przedwojennych filmów poszły w gąszcz uliczek okalających poznański Stary Rynek. Mijając modne sushi bary i sklepy z ludowym rękodziełem milczały, ciesząc wzrok kolorowymi wystawami. Hanka przerwała milczenie, czując, że Justyna ma w głowie zbyt wiele spraw które muszą znaleść ujście.
- Zaraz będziemy na miejscu, mam nadzieję, że tam jeszcze nie byłaś. Mają przecudne wypieki, coś w sam raz na dziś.
- Hanuś żartujesz? Ostatnio bywam we własnej pralni i w aptekach. Od czasu do czasu u pediatry.
- Tymbardziej, dzisiejszy dzień potraktujemy świątecznie. Wiesz że.... - w tym momencie przed dziewczynami jakby znikąd pojawił się Janek. Jak z procy wystrzelił z jednej z nowych, całkiem przyjemnie wyglądających kafejek.Jego mina nie wskazywała jednak na to, by miło spędził czas.
- Janek, co ci? Wszystko gra? - zapytała zaskoczona Justyna
- Mmm, powiedzmy. Nie radzę wam tam wchodzić, beznadziejna obsługa. Spadam, nic tu po mnie.- syknął i podając Justynie pęk cudnych białych bzów poszedł w stronę Starego Rynku. Dziewczyny widziały jak odchodzi w rękoma w kieszni, kopiąc puszkę z takim impetem, jakiego dawno u Janka nie widziały. Zdziwione spojrzały na siebie i nie mówiąc nic wzruszyły ramionami.
- Nie ma co Haniu, nie myśl tyle, bo Cię głowa rozboli. Pozatym to ja dziś miałam grać rolę poszkodowanej. Idziemy? Janek da sobie radę, twardy z niego facet.
- Tak, choćmy, to tuż za rogiem - odpowiedziała Hanka, strasznie zmartwiona, co też mogło spotkać jej przyjaciela. Te kwiaty? Czyżby znów jakaś kobieta? A może to TA kobieta?

Błękitna parasolka była pusta o tej porze, więc nie było problemu, by zająć najczęsciej okupowany stolik w witrynie. Stąd najlepiej widać przechodniów, a ich powolny krok wspaniale współgra z przyjacielskimi rozmowami. Cicha bossanova sączyła się po sali, a zapach mielonej kawy wprawiał w błogi nastrój.
- Powiedz mi jaką chcesz kawę? Zamówię do niej coś czego nie jadłaś jeszcze nigdzie indziej.
- Latte, bezzmiennie Haniu. Karmię. W tym widzisz cały problem, dlatego mi tak ostatnio źle. Hanka! Ja odkąd urodziłam dzieciaki jestem już tylko matką. Rozumiesz? Jakby dawna kobiecość gdzieś wyparowała. Oczywiście Romek twierdzi że przesadzam, ale co on wie...
- Justyna, jesteś kobietą którá kocha i on i teraz te dwa berbecie. Zaraz cię postawię do pionu, czekaj. - Hanka podbiegła do kelnerki, by zamówić jaknajszybciej i wrócić do stolika. Czekając na kawy i ciasto szybko myślała czym też może pocieszyć biedną Justynę. W końcu Hanka niewiele wiedziała o macierzyństwie. Niosąc talerzyki widziała jak twarz przyjaciólki nabiera blasku.
- Wygląda bosko, Hanuś, skąd ty znasz takie miejsca?
- Ciii, tarta gruszkowo migdałowa, w sam raz na dzisiejsze smuteczki. Jedz, zobaczysz że działa lepiej niż antydepresanty.

składniki

- opakowanie ciasta francuskiego,
- 2 duże, mocno dojrzałe gruszki,
- budyń śmietankowy,
- 0,5l mleka
- 100g mielonych migdałów,
- migdały w płatkach,
- cukier

Wyjęte godzinę wcześniej z lodówki ciastko wykładamy na blasze (polecam formy do tart z ruchomym dnem). Budyń gotujemy wg przepisu na opakowaniu, na końcu dodając mielone migdały. Wykładamy na cieście, wygładzamy. Obrane, pokrojone w cienkie plastry gruszki układamy na budyniu. Posypujemy lekko cukrem i płatkami migdałów. Pieczemy około 25 min w temp. 180 stopni. WAŻNE - piekarnik ustawiamy na termoobieg z opiekaniem od dołu, wtedy ciasto nie wymaga uprzedniego podpiekania.


Smacznego. Pa. Już wkrótce ciąg dalszy opowieści na blogu Smaczny Dom (LINK) ...zapraszamy

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...