Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 kwietnia 2014

papryki faszerowane kremowym WEGE risottem

Lubię wszelkiego rodzaju risotta, nawet te z zaledwie kilkoma składnikami potrafią zauroczyć smakiem no i konsystencją. Z dodatkiem serów, warzyw, win, wszystkiego tego co wpływa na ich smak, aromat... można by wymieniać bez końca. Zawsze gdy przez kilka tygodni nie pojawiają się na naszym stole już za nimi tęsknię, choć nie mam jeszcze wtedy pojęcia z czym je przygotuję. 
Przy ostatniej kawie przeglądaliśmy  razem z Łukaszem z Gotuj z Kukim książeczkę Easy Risottos wydaną przez sieć sklepów M&S. Mam z tej serii kilka wydań, ale easy risottos zaraz przy easy curries są moimi ulubionymi. Przeglądaliśmy, rozmawialiśmy i postanowiliśmy ugotować wspólnie (każdy w swojej kuchni) to właśnie risotto. Przygotowane tradycyjnie, następnie upchane w paprykach i zapieczone pod warstwą sera. Cudowne. Każdy wprowadził swoje modyfikacje, dodając lub ujmując pewne składniki. Faszerowałam już papryki, ale po prostu ugotowanym ryżem, z dodatkiem mięsa mielonego. Polecam Wam ten przepis, zarówno na te mniejsze jak i większe okazje. Swoją wersję uszczupliłam o dodatek włoskiej kiełbasy, decydując się tym samym na wersję wege, urozmaiconą o pomidory w różnej postaci. Dodałam i świeże i suszone i te w formie koncentratu. Zajrzyjcie proszę także do Kukiego, jego wersja będzie odpowiadać wszystkim kochającym dodatek wołowiny.

składniki

- czerwone papryki ( u mnie 2 duże sztuki, na 4 porcje kolacyjne),
- 850 ml wywaru warzywnego lub rosołu (u mnie wywar warzywny, po gotowaniu warzyw na sałatkę),
- 350g ryżu arborio,
- 1 cebula,
- szczypta szafranu,
-  łyżka oliwy z oliwek,
- 150ml białego wina (pominęłam),
- 50g włoskiej  kiełbasy lub salami (także pominęłam),
- 50g świeżo tartego Parmezanu (u mnie Grana Padano),
- kulka mozarelli,
- sól i pieprz,

oraz moje dodatki, czyli

- 3 połówki suszonych pomidorów z oleju,
- garść pomidorków koktajlowych (użyłam z uwagi na brak o tej porze porządnych dużych),
- łyżka koncentraku pomidorowego,
- 3cm pora,
- 2 ząbki czosnku



Papryki myjemy, kroimy na pół zachowując ogonki na każdej z połówek, usuwamy pestki i  białe błonki. Lekko smarujemy oliwą i umieszczamy w piekarniku na 20 minut, w temperaturze 170 stopni. W międzyczasie płuczemy ryż, na patelni rozgrzewamy oliwę, szklimy cebulę i por, dodajemy ryż. Gdy ryż wchłonie tłuszcz, dodajemy po chochli gorącego wywaru czekając aż ryż wchłonie płyn. Mieszamy  często, najlepiej drewnianym widelcem. Dodajemy szczyptę szafranu. Gdy ryż wypije już cały wywar warzywny, dodajemy posiekane suszone pomidory, te suszone oraz koncentrat, czosnek przeciśnięty przez praskę. Mieszamy, doprawiamy do smaku. Dosypujemy garść tartego sera. Gotowym risottem faszerujemy papryki, umieszczamy na nim kilka plastrów mozarelli i zapiekamy ponownie, tym razem w wyższej temperaturze, 200 stopni, około 15 minut. Podajemy z listkami ulubionych ziół.

Smacznego. Pa.




piątek, 30 sierpnia 2013

owsianka z brzoskwiniami, miodem i gałką muszkatołową. dodatkowo kota i Jostein Gaarder

Owsiankujemy, ostatnio troszkę rzadziej. Przy takiej pogodnie ciepłe śniadanie nie jest czymś zupełnie niezbędnym. W prawdziwy owsiankowy trans wpadniemy pewnie około października, kiedy to przed wyjściem z domu warto będzie zjeść coś co mile rozgrzeje nas od środka. Wiem, nie wszyscy lubią owsiankę, jednak mi się wydaje, że jeśli potraktować ją jak czyste płótno, można swoimi ulubionymi smakami przeistoczyć ją w najlepsze śniadanie świata.
Apropos rozgrzewania - ostatnio moje serce rozczulił widok małego kota, pozostawionego na pastwę losu w kartonie po butach, w śmietniku... przykro. Tym jednak zbiegiem wypadku mogę szczęśliwie przedstawić Wam Czu-czu vel Miszkę. Kotka zostaje z nami. Nie wiem jeszcze które imię przylgnie do niej na stałe, wiem jedynie, że jest kotem, który lubi czytać. Dokończyłyśmy 'Córkę dyrektora cyrku'. To moje drugie podejście do twórczości Jostein'a Gaarder'a . Poprzednio próbowałam przeczytać 'Świat Zofii i na próbach niestety się skończyło. Mimo ogromnej chęci język i tłumaczenie wszelkich filozoficznych tajemnic sprawił, że czułam się jak dziecko. To nie dla mnie. Wracając jednak do córki dyrektora, polecam wszystkim, którzy tak jak ja szukają książek balansujących na cienkiej linii pomiędzy rzeczywistością a fantazją. W niektórych momentach trudno mi było określić, czy ta historia mogłaby mieć miejsce, czy też jest kompletnie nierealna. To właśnie lubię najbardziej. Jeżeli chcecie poznać bohatera, który będąc niezwykle zdolnym i płodnym autorem nigdy nie decyduje się na wydanie książki pod własnym nazwiskiem, za to oferuje wypalonym autorom swoje prace jako wysoce ceniony produkt, przeczytajcie. Jeżeli chcecie poznać mężczyznę, który żyje ze świadomością, że gdzieś w Europie wąskimi uliczkami przechadza się jego córka, której imienia nigdy nie poznał, a jedyne na co mu pozwolono to opowiedzenie jej bajki o wspaniałym cyrku - przeczytajcie, ja pozostaję pod wrażeniem. Styl autora, mimo wcześniej czytanej historii o Zofii nie zawiódł mnie w ani jednym momencie i czuję, że będę wracać do jego książek. Swoją drogą ciekawe, ile dzieł na przestrzeni dziejów wydano pod niewłaściwym nazwiskiem i ilu wspaniałych ludzi odeszło niedocenionych, bo ich prace ukazały się pod szyldem kogoś zupełnie innego...


składniki

- szklanka ulubionych płatków owsianych,
- 1,5 szklanki mleka,
- 2 dojrzałe brzoskwinie,
- 2 łyżki miodu, (tutaj postawcie na własne upodobania, ja wybrałam facelinowy)
- szczypta soli,
- szczypta gałki muszkatołowej

Mleko wlewamy do garnka, podgrzewamy, wsypujemy płatki. Gdy się zagotują skręcamy gaz i dodajemy sól, gałkę. Następnie, gdy płatki będą już miękkie (ale nie rozgotowane), dodajemy miód i wkrawamy brzoskwinię. Część owoców zostawiamy do podania owsianki. 

Smacznego. Pa.


środa, 24 kwietnia 2013

kurczak kung pao i 'przygoda z owcą' by h. murakami

Skończyłam czytać książkę, która nie bez powodu porównana jest do filmów Lyncha czy Kubricka. Bardzo ciężko jednoznacznie ją opisać, nie skupiając się na streszczaniu, tylko na tym, co książka z sobą niesie, tym 'co poeta miał na myśli'. Może zacznę od tego, że książka jest absurdalnym obrazem, surrealistyczną mozaiką wielu scen i barw. Książka nie jest trudna. Trudno jedynie ją opisać, otoczyć kilkoma zwartymi słowami. Ja odnalazłam w niej opowieść o niedalekiej lecz istotnej podróży życia, ludzkich lękach, tym, że tytułową owcę każdy z nas ma pod skórą i tylko od nas zależy czy pozostaniemy sobą czy całkowicie się w nią zamienimy. To, że autorowi chodzi o nas ludzi jako o rodzaj, możemy zauważyć w momencie gdy zwrócimy uwagę, że żaden z bohaterów nie ma imienia. Jest dziewczyna, kierowca, szef, owczy profesor i Szczur. On dostał imię, bo jako jedyny został Owcą. Nie poradził sobie z codziennością (jak z resztą wielu innych bohaterów Murakamiego). Lubicie tego typu zaułki literackie? Ja uwielbiam. Mimo, że wolę, jak książka kończy się konkretniej. Bez otwartych drzwi w które każdy z nas wsadzi to, co mu pasuje. Wolę gdy autor nie pozwala mi dokańczać własnych słów w mojej głowie. Wtedy czuję, że większość czytelników odbierze książkę podobnie. Mimo wszystko cieszę się, że przeczytałam, polecam każdemu, kto chciałby poznać inne oblicze Murakamiego. Bo moim zdaniem ta książka nieco różni się od reszty. Zadziwia mnie, bo jednocześnie czuję, że czegoś w niej brakowało, jak i że jej lektura była niezbędna w moim życiu. Jakieś takie skrajności mną motają, obym tylko nie zamieniła się w owcę...




...polecam Wam prosty i szybki przepis na kurczaka kung pao, w którym fistaszki zamieniłam na ukochane nerkowce. Wspaniale się wkomponowały, dlatego nie bójmy się zmieniać składników, bawić się przepisami, bo tylko wtedy wyjdziemy z ram, tworząc swój własny obraz rzeczywistości. Zupełnie jak Murakami.

składniki

- 2 piersi z kurczaka, około 0,5kg
- 2 papryki (czerwona i pomarańczowa),
- pół czerwonej cebuli, (użyłam, bo nie miałam dymki),
- 2 garście orzechów nerkowca,
- 2 ząbki czosnku,
- 2 łyżki ciemnego sosu sojowego,
- 1 łyżeczka oleju sezamowego,
- niewielka ilość chili w płatkach (na czubku łyżki)
- 2 łyżeczki octu ryżowego,
- łyżeczka cukru,
- 2 łyżeczki mąki kukurydzianej (ewentualnie ziemniaczanej),
- ryż lub ulubione noodle

Kurczaka kroimy w cienkie paski, marynujemy  w łyżce sosu sojowego i łyżeczce mąki. Mieszamy i odstawiamy na czas krojenia warzyw. Papryki, cebulę (bądź dymkę) kroimy w mniejsze kawałki, czosnek przeciskamy przez praskę. Kurczaka obsmażamy na rumiany kolor, gdy będzie już rumiany wyjmujemy z patelni, na którą z kilkoma kroplami oleju wrzucamy warzywa i orzechy, na końcu czosnek. Gdy warzywa lekko się zeszklą, dodajemy kurczaka i przygotowany sos z sosu sojowego, oleju sezamowego, octu ryżowego, cukru i chili. Energicznie mieszamy czekając aż sos zgęstnieje i podajemy z ryżem lub noodelkami.

Smacznego. Pa.



czwartek, 18 kwietnia 2013

rozmarynowe risotto z portobello i 'kobieta która wyszła za chmurę' jonathana carrolla

Zanim napiszę o daniu, muszę zacząć od historii. Pierwszą książkę Carrolla zwędził dla mnie z licealnej biblioteki kolega z klasy (wiem, brzmi strasznie, dzięki Bogu, że w ostateczności trafiła ona na półkę). Od tej pierwszej lektury wiedziałam, że ten amerykański pisarz będzie moim ukochanym. I jest. Został do dziś, jego literaturę czytam pomaleńku, jakbym smakowała nowo poznany rodzaj owocu, tak by poczuć każdą nutę zaklętą w jego soku. 'Kobieta która wyszła za chmurę' to zbiór dwunastu opowiadań, takich must-read każdego wielbiciela Carrolla. Zwłaszcza tych, którzy lubią niewielkie formy. Ja niestety nie do końca. Z wszystkich dwunastu zapamiętałam raptem pięć, przyznaję się bez bicia. Z małymi formami mam jak z felietonami. Nawet jeśli zrobią na mnie spore wrażenie, to pozostają w mej pamięci na krótko. Szkoda. Po krótce opowiem, że wszystkie opowiedziane historie mają w sobie element tak wspaniałej w wydaniu Carrolla magii. Przenikanie się fikcji z rzeczywistością sprawi, że zaprawionego w jego styl czytelnika nie zdziwi bohater rozmawiający z duchami, czy krążący między życiem a śmiercią  Na każdej stronie poznamy ludzi, którzy borykają się ze swoimi słabościami lub wadami, uciekają od ponurej rzeczywistości lub starają się do niej powrócić, gdyż wcześniej jej nie doceniali. Spotkamy alchemiczkę która dziwnym trafem zapomniała o swoim darze, chłopaka który analizuje swój utracony związek bawiąc się marionetkami, Noego który tworzy arkę przyszłości, a także siostry, które rozmawiają o relacjach partnerskich z kosmitami. Jeśli tak jak ja,  jesteście fanami nietypowej fantastyki, w której niekoniecznie planety bądź trolle wychodzą na pierwszy plan, pokochacie tą książkę równie mocno jak ja, choć może się zdarzyć, że mimo niepodważalnego talentu Carrolla kilka historii umknie Wam z głowy. A tymczasem wracając do kuchni zastanawiam się nad historią męża, który bez okazji podarował żonie pieczarki portabello i bukiet rozmarynu. Piękny materiał na opowiadanie w  Carrollowskim stylu.Później pewnie wkradłby się cień do tego sielskiego obrazka, bo risotto jedzone po odgrzaniu nie smakuje już tak samo. Jeśli macie ochotę, jedzcie wszystko, nie zostawiajcie nic na następny dzień, bo może jutro się zgubiło?

składniki

- szklanka ryżu arborio,
- 400g pieczarek brunatnych,
- litr bulionu,
- 1 średnia cebula,
- ząbek czosnku,
- kilka gałązek rozmarynu,
- sól i świeżo zmielony pieprz,
- olej rzepakowy.

Olej rozgrzewamy w głębokiej patelni. Dodajemy posiekaną cebulę i szklimy. Następnie dodajemy ryż, czekamy aż wchłonie tłuszcz. Dodajemy czosnek przeciśnięty przez praskę i dolewamy bulionu do którego przed podgrzaniem dodajemy rozmaryn. Mieszamy, do wchłonięcia, dodając płyn za każdym razem gdy ryż go wchłonie. Gdy ryż będzie jeszcze twardawy, mniej więcej po 3 uzupełnieniu bulionu, dodajemy pocięte w grubsze plastry grzyby i delikatnie mieszamy. Dodajemy resztę bulionu oraz posiekany rozmaryn. Przyprawiamy pieprzem i ewentualnie solą, podajemy od razu po przygotowaniu.


Smacznego. Pa.

piątek, 15 marca 2013

apetyczne imbirowo gruszkowe muffiny od 'apetycznej panny dahl'

Dawno nie piekłam muffinek. Co prawda w końcu dotarliśmy do punktu w którym wiem o jakie wyśnione babeczki chodzi Marcinku, ale o nich tu dziś nie będzie. Bo jemu chodzi po prostu o biszkoptowe magdalenki. No niestety. Muffiny z otrębami będą inne. No będą, prawda? Takie nieco bardziej śniadaniowe niż po prostu, do kawki. I takie właśnie lubię.

 Przepis pochodzi z książki 'Apetyczna panna Dahl' i może słów kilka dla tych, którzy zastanawiają się nad zakupem, lub jeszcze nie mieli okazji książki przejrzeć. W moim odczuciu to bardzo kobieca, miła książka, zbierająca nie tylko przepisy, ale także opowiadania związane z autorką i smakami jakie w jej życiu się pojawiały. Bardzo ciekawe, miłe wspomnienia. Jeśli z kolei chodzi o przepisy, to zawiera moim zdaniem wszystkie 'musthave' pierwszej książki kucharskiej. Chlebek bananowy, zupa cebulowa i kilka innych, jednak nie chcę przytaczać reszty, w końcu każdy może trafić na dany przepis (bądź jego wersję) po raz pierwszy. Dodatkowo piękne zdjęcia, całość w macie, który moim zdaniem dodaje ciepła i  miękkości. Najlepiej zapamiętałam tekst o zimnych dłoniach. Jako, że sama mam zawsze zimne, już wiem dlaczego. Otóż mam ręce stworzone do zagniatania kruchego ciasta. Ha! Muffiny są pierwszym, ale nie ostatnim przepisem na który się decyduję. Kolejne będzie curry taty Sophie. Proste, bez tysiąca składników ale szalenie mnie zaciekawiło. Jeśli się uda, podzielę się z Wami wrażeniami. Tymczasem muffiny...

czwartek, 3 stycznia 2013

kurczak w musztardzie według Jamiego

Jamie wie co dobre, przekonałam się o tym nie po raz pierwszy. Nie wiem ile już razy obiecywałam sobie, że przygotuję cały trzydaniowy posiłek z jego 30 minutowej  książki, po czym kolejny raz przygotowuję jeden wybrany przepis. Trudno, nie będę z tym walczyć, to nie katar! Pewnie skończy się tak, że po zapoznaniu się z większością przepisów skomponuję własne trio i już. Myślę, że ani Jamie, ani nikt przy stole mi tego nie wytknie.

Kurczaków w sosie musztardowym jadłam już kilka, każdy coś w sobie miał, nie będę pisać, że ten jest wyjątkowy. Podoba mi się jednak dodatek pora, sos dzięki niemu ma mój ulubiony posmak, który jak na razie udało mi się uzyskać w sosie z kurkami, o TYM. Dodatkowo mieszanka musztard dała wielkowymiarowy smak. W swoim przepisie pominęłam wino, bo moja ziarnista musztarda zawierała w sobie sporo octu. Gotując próbujcie, w końcu co musztarda to inna ilość octu i inny końcowy rezultat na talerzu. Moi bliscy zjedli z apetytem, wyślę, że danie warto podać gościom o których niewiele wiemy kulinarnie. Sos jest na tyle delikatny, by smakować każdemu.

składniki przepis z '30 minut w kuchni' Jamiego Olivera

- kilka  gałązek świeżego rozmarynu (dałam tymianek... na dodatek suszony),
- 4 piersi z kurczaka ze skórą, faktycznie najlepiej by był ze skórą,
-  4 łyżeczki gorczycy w proszku,
- 3 małe pory,
- 4 ząbki czosnku,
- białe wino (jak wspomniałam nie dodałam, bo moja musztarda była mocno octowa),
- 75ml śmietany 12%,
- 1 czubata łyżeczka musztardy francuskiej (u mnie 1 sarepskiej, 1 pełnoziarnistej)

Kurczaka posyp posiekanym rozmarynem (tymiankiem...), gorczycą, solą i pieprzem. Oliwą skrop kurczaka i patelnię. Natrzyj dobrze kurczaka i usmaż na patelni najpierw skórą w dół. Mocno przyciśnij mięso do patelni, smażenie powinno zająć około 18 minut.

Oczyść pory, przykrój wzdłuż i umyj. Pokrój w plasterki i umieść na patelni obok kurczaka. Teraz na patelnię wciśnij czosnek. Przełóż mięso skórą w górę i znów smaż. Wymieszaj pory i dolej do nich trochę wina.

Upewnij się, że kurczak jest usmażony i dodaj śmietanę. Zakryj patelnię i duś. Po około 5 minutach wyłącz patelnię, przełóż kurczaka na deskę i pokrój na kawałki. Do sosu na patelni wmieszaj musztardę i dopraw solą i pieprzem. Sos przełóż na półmisek, na nim poukładaj mięso kurczaka. Skrop oliwą, udekoruj rozmarynem (tymiankiem...) i podawaj.

Smacznego. Pa.


sobota, 1 grudnia 2012

bezmięsne curry z jajkiem i 'życie pi'

Zastanawiałam się co ugotować, by było bezmięsnie, ale sycąco. Pomyślałam o jajkach i o czymś w hinduskim stylu, curry mile rozgrzewającym nasze brzuszki. Curry które powstało, było moim obrazem namalowanym od A do Z, przyznaję, że byłam całkiem dumna z efektów. Jedynym błędem jaki popełniłam, było zbyt długie 'moczenie' jajka w gorącym sosie, przez co jak widzicie lekko mi zieleniało z gorąca. Następnym razem wrzucę do sosu jajka na pół miękko, z nadzieją że środek żółtka pozostanie minimalnie płynny.  Kochamy z Marcinku takie dania, nie mogę się doczekać kiedy trafimy do hinduskiej knajpki z prawdziwego zdarzenia, by spróbować nowych smaków w cudzym wydaniu, by poszerzyć moje kulinarne horyzonty.

Wiecie? Bardzo żałuję, że w kinach ukazuje się tak niewiele ekranizacji książek które wywarły na mnie olbrzymie wrażenie. Może zbyt surrealistyczne fikcje Jonathana Carrola są zbyt ciężkie do nakręcenia, ale reszta? W końcu czytam nie tylko jego książki. Bardzo cieszę się, że wkrótce zobaczymy 'Życie Pi', pióraYanna Martela. To jedna z moich ulubionych książek, odbiła się w mojej wyobraźni niezwykłą ilością barw. W zwiastunach widziałam podobne kolory, tym bardziej czekam na film z olbrzymią nadzieją, że po raz pierwszy dorówna on książce. Nie wiem czy taka sytuacja jest w ogóle możliwa, już niedługo się przekonamy. A wszystkim tym, którzy książki jeszcze nie znają, polecam gorąco. Filozoficzna historia o chłopcu przemierzającym wody oceanu, z olbrzymim tygrysem na pokładzie łodzi. Nierealne, jednak jeśli lubicie takie nierzeczywiste klimaty, przeczytacie z zapartym tchem. Historia o strachu, woli życia, przyjaźni człowieka z wielkim dzikim kotem, słowem syrop z ludzkich emocji, słabych i mocnych stron. Może dziecko we mnie ukryte jest większe niż myślałam, bo baśniowe książki nigdy mi się nie nudzą. Być może faktycznie powinnam czytać 'Chłopów' i inne polskie dzieła, ale chyba jeszcze nie dorosłam. Sorry...




przepis na pyszne bezmięsne curry z jajkiem

- jajka, po 1 na osobę,
- żółta fasolka szparagowa,
- 1 cebula, 
- 2 ząbki czosnku,
- 4 dojrzałe pomidory (na obecną porę roku lepiej wybrać pomidory w puszce),
- ulubiony ryż,
- 2 kuleczki ziela angielskiego,
- liście curry, (suszone)
- klarowane masło,
- 1 łyżeczka  kuminu, kolendry, kurkumy, chilli, sól.

 Dodałam jeszcze łyżeczkę curry, myślę jednak, że w tych smakach można dowolnie eksperymentować z ulubionymi przyprawami. Wypróbowałam też z garam masalą...

Ryż gotujemy wg przepisu na opakowaniu, z solą i zielem angielskim. Cebulę i czosnek rozdrabniamy malakserem, by uzyskać efekt tartej papki. Na klarowanym maśle chwilę smażymy przyprawy, bez liści. Dorzucamy cebulę i czosnek, smażymy około 5 minut. Następnie dorzucamy fasolkę, trochę wody i gotujemy na pół twardo. Teraz dodajemy pomidory i gotujemy do zredukowania. Do gorącego sosu, już po skręceniu ognia wkładamy na 5 minut jajka, by ich wierzchnia warstwa białka zmieniła kolor i smak. Podajemy z kolendrą lub natką i ryżem.

Smacznego. Pa.


piątek, 12 października 2012

kolorowe penne z chilli oraz ' Tsugumi ' Y. Banany

Idealny. Rozgrzewający, choć nie za mocno, makaron. Dziś rano pierwszy raz nasz taras pokrywał śnieżnobiały szron. Oj czuję, że już chłodna jesień idzie. Już czas na ciepłe szale otulające szyję. Oby było nam ciepło i oby do wiosny. Rozgrzewać powinny nas teraz nie tylko dania, grzejmy się sami. Z naszymi ukochanymi psami, kotami, osobami i książkami. Mój pies się nie tuli, jest wariatem. Na koty mam uczulenie, o bliskich i przytulaniu do nich nie będę tu pisać, więc opiszę Wam cieplutką książkę. Autorkę przedstawiłam już raz, opisując jej wspaniałą 'kuchnię'. Także teraz, równie mocno urzekło mnie jej pióro. Banana ma w swoim stylu coś takiego, co sprawia, że widzę ją jako zwiewną, eteryczną i bladą dziewczynę z niedowagą, idącą przez życie w puentach, nie raniąc przy tym ani trochę swych stópek. 'Tsugumi' opowiada o życiu młodych Japonek, życiu będącym pięknym, mimo, że niesprawiedliwym. Maria będąca narratorką książki jest najbliższą osobą nieswornej Tsugumi. Ta z kolei jest piękną, energiczną dziewczyną, którą ogranicza jej chorowite i wątłe ciałko. Mimo złotego serca często bywa przykra dla swoich najbliższych, choć kto wie, może bywałaby taka sama będąc zdrową? Banana pięknie opisuje przyjaźń młodego pokolenia, miłość w kilku odsłonach a także to jak mimo włąsnych ograniczeń, silni bywają chorzy ludzie. Wakacje spędzone w Japonii nad pięknym, ciemnogranatowym morzem -  razem z bohaterami 'Tsugumi', pozwolą Wam poszerzyć horyzonty własnej wrażliwości. Liczę, że czytając tą książkę, wybierając bliskie sobie tematy w niej zawarte, ułożycie tą barwną historię w piękną całość, którą zapamiętacie jak ja, na długo. 




składniki

- porcja makaronu penne,
- 1 mała cukinia,
- 1 nieduży bakłażan,
- 2 mocno dojrzałe pomidory,
- ząbek czosnku,
- chili w płatkach,
- czerwona cebula,
- kilka plastrów ulubionej gotowanej szynki (wersja V bez wędliny),
- olej rzepakowy do smażenia,
- ulubione zioła, ja wybrałam suszoną i świeżą bazylię,
- sól, pieprz, szczypta cukru

Makaron gotujemy wg instrukcji na opakowaniu. Marzywa kroimy w plasterki i piórka. Szynkę w kostkę. Podsmażamy ją na oleju, dodajemy cebulę, późnej czosnek i niewielką ilość płatków chilli. Wtedy już możemy dorzucić bakłażana i cukinię. Gdy warzywa zmiękną, dodajemy sparzone, pokrojone pomidory. Gotujemy około 10 minut, dorzucamy bazylię, przyprawiamy. Mieszamy z penne, dekorujemy bazylią, ewentualnie trzemy trawdy, żółty ser.

Smacznego. Pa.

sobota, 22 września 2012

spaghetti z kurczakiem w paprykach i lektura na weekend

Patrząc na to danie, w jego ostatecznej formie, moim  pierwszym skojarzeniem był stir fry i wschodnie dania z noodlami. Ale to tylko pozory. Tak samo, jak pozornie bohaterka książki jest szczęśliwa. Danie niby wschodnie, niby europejskie ma na celu odzwierciedlenie tego, co dzieje się w jej głowie. Danie nie jest niczym wschodnim, łączy raczej smaki typowo europejskie, jest delikatne, lekko podbite wędzoną papryką i śmietanką. Łagodne, kremowe, idealne na obiad w leniwą sobotę pod kocykiem. Pod kocykiem także, na dwa podejścia przeczytałam miłą książkę Amelie Nothomb - Ani z widzenia, ani ze słyszenia. Autorka której niezbyt obszerne utwory uwielbiam, i tym razem ukazała mi to, co kocham najbardziej. Życie w Japonii, w której było nie było, w końcu się urodziła. Wie o czym pisze. Co lepsza, pisze jako europejka, (z pochodzenia jest Belgijką), dziwi się w typowy 'biały' sposób niektórym azjatyckim zachowaniom. Ani z widzenia, ani ze słyszenia jest ukazaniem znajomości dwójki młodych ludzi, Rinriego i Amelii. Obydwoje zafascynowani swoimi odmiennymi kulturami próbują stworzyć wspólny, łączący najlepsze cechy swych kultur związek, co jednak nie wychodzi im tak jakby tego oczekiwali. A raczej nie wychodzi to Amelii, która jest rozczarowana tym, co oferuje jej chłopak. Wtedy troszkę się na nią wściekam, bo Japończyk niemalże nieba jej uchyla. I cóż? Uczę się rozumieć innych, tego że co zdawałoby się uszczęśliwiać co drugą polską Anię niekoniecznie uszczęśliwi belgijską Amelię. Tego, że powieść niby romantyczna zawsze może zamienić się w powieść o pragnieniu powiększania własnej przestrzeni życiowej, no i wreszcie tego, żeby nikogo nie oceniać. Polecam zarówno książkę jak i samą autorkę, która pisze na prawdę niezwykle, na co dowodem są nagrody których sporo już zebrała.



składniki

- podwójna pierś kurczaka,
- żółta, pomarańczowa i czerwona papryka,
- szklanka mrożonego groszku,
- makaron spaghetti,
- łyżka mąki pszennej,
- 2 łyżki śmietanki 18%,
- sól, pieprz,
- szczypta cukru,
- pół łyżeczki proszkowanej wędzonej papryki,
- olej rzepakowy lub słonecznikowy

Kurczaka kroimy w niewielką kostkę, oprószamy solą, pieprzem, mąką i obsmażamy na złocisty kolor. Zdejmujemy z patelni, wrzucając pokrojone w cienkie paseczki papryki. Smażymy na małym ogniu, czekając aż zmiękną. Dorzucamy mięso, groszek wcześniej zanurzony w gorącej wodzie. Śmietankę (około 3 łyżki) mieszamy z 2 łyżkami wody od gotowania makaronu i wędzoną papryką. Dolewamy mieszankę do warzyw i mięsa, mieszamy aż zgęstnieje. Dorzucamy gorący makaron, energicznie mieszamy i podajemy.

Proste, prawda?
danie bierze udział w akcji literatury na talerzu, 
organizowanej przez Maggie :)
 już zapomniałam jak to jest akcjować wspólnie....
Smacznego. Pa.



środa, 12 września 2012

sałata z fioletowym kalafiorem i Michael Cunningham

Ta książka długo czekała, bym o niej napisała. Czekała na odpowiedni przepis i odpowiedni czas. Czytaliście 'Godziny'? Tak na prawdę, to dopiero one przyniosły sławę autorowi, a 'Dom na krańcu świata' był  jego debiutem, moim zdaniem bardzo dobrym debiutem. Jak każda godna uwagi powieść, tak i ta jest wielowymiarowa, zależnie od wrażliwości czytelnika uwypukla inne sprawy jako najistotniejsze. Porusza niełatwe kwestie mniejszości seksualnych i robi to jednocześnie subtelnie i szorstko. Zrozumienie? Tak, jak najbardziej jest czytelne, także tolerancja. Jednak co powiedzieć o bohaterze, który nienawidzi swojego partnera i brzydzi się tym, że choruje na AIDS? Może po prostu w ten sposób autor ukazuje nam nasze ułomności, nie kreuje wyidealizowanych postaci? Jonathana i Bobbiego poznajemy w ich najlepszych czasach dzieciństwa. Nierozłączni przyjaciele z różnych domów, borykający się z innymi problemami. Zakochani w sobie czy też nie, przeżywają z sobą pierwsze namiętne chwile, by następnie na jakiś czas zniknąć ze swego życia i pojawić się w nim w dorosłym życiu, jako inni ludzie.

Piszę o książce dziś, bo tak jak bohaterowie nie wiem czy ten dom na krańcu świata wreszcie stoi przed moimi oczami, czy muszę jeszcze wędrować, by znaleźć swoje miejsce. Jestem w o tyle lepszej sytuacji, że wiem kim jestem, nie muszę szukać siebie. Oni ta drogę przebywają na oczach czytelnika, drogę która nie jest ani prosta ani gładka. No i wreszcie moja sałatka. Kalafior w niej jest inny, choć smakuje prawie identycznie jak tradycyjny. Ma tylko inny kolor. Zwyczajny, nie zwyczajny, tak jak bohaterowie mierzący się z własną seksualnością, akceptacją w oczach środowiska jak i własnych. A akceptacja samego siebie bywa trudniejsza niż zapewnienia tysięcy oczu o tym, że wszystko z nami ok...



Nie wiem czy swoimi własnymi przemyśleniami, a nie recenzja zachęcę kogokolwiek do lektury, jednak jest to jedna z ciekawszych współczesnych, nienagłośnionych powieści jakie miałam w rękach. Na prawdę polecam.


składniki

- główka fioletowego kalafiora,
- sałata (dodałam strzępiastą, bo taką Mama kupiła) :)
- jajko na twardo,
- czerwona cebula,
- pierś z kurczaka
- 2 łyżki oliwy,
- ulubione zioła,
- płatki chilli, 
- kilka kropli soku z cytryny,
- szczypta cukru, soli i pieprzu

Kalafior myjemy, dzielimy na różyczki, gotujemy w osolonym wrzątku ze szczyptą cukru. Pierś z kurczaka przecinamy na dwie płaskie części. Marynujemy w ziołach, przyprawach i oliwie (łyżkę marynaty zachowujemy przed marynowaniem), smażymy z obu stron na złoty kolor. Sałatę płuczemy, układamy na  talerzu, dodajemy kalafior, jajko, kurczaka pokrojonego w cienki paski, cebulę w piórkach (ilość zależna od Waszych upodobań) i skrapiamy oliwą z przyprawami. 

Smacznego, pa

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

clafoutis z malinami i francuskie kino

Jakiś czas temu obiecałam, że pojawi się seria dań  kuchni francuskiej, wraz z którymi napiszę kilka słów o moich ulubionych filmach. Co ja mówię, o naszych. Bo prawda, przepadliśmy bez reszty. Francuskie komedie i obyczaje, zarówno stare jak i te nowsze są naszymi ulubionymi. Długo się zastanawiałam od którego zacząć, w końcu wybór padł na 'Jeszcze dalej niż północ', reżyserii Danego Boona który także gra w tym filmie. Będę wypatrywać kolejnych jego filmów, lub tych z jego udziałem, bo jest wyjątkowy. Żaden z niego Marlon Brando, ale ma w sobie coś co od razu wywołuje uśmiech na mojej buzi. Oto trailer (klik), w którym jednak nie pokazano ani najzabawniejszych ani wzruszających momentów. Od siebie powiem tylko tyle, że bohater udając niepełnosprawnego, licząc na to, że zostanie przeniesiony na wybrzeże, został ukarany przeniesieniem w najmniej obiecujący region. I co się okazuje? Ta kara była najlepszym co mogło mu się przytrafić. Zyskuje wspaniałych przyjaciół, którzy pomagają mu w małym oszustwie. No i te pijackie jazdy rowerem, ha, bezcenne. Zobaczcie sami, na prawdę warto. Nie bez przyczyny film został okrzyknięty we Francji mianem kultowego.




składniki
- 500g świeżych lub mrożonych mali (w oryginale wiśni),
- 2 łyżki drobnego cukru i trochę do podania,
- 2 łyżeczki nalewki malinowej (w oryginale wiśniaku),

- 100g mąki,
- szczypta soli,
- 3 jajka,
- 1 żółtko (pominęłąm, nie lubię zostawać z białkami),
- 6 łyżek cukru
- 6 kropli ekstraktu waniliowego,
- 150ml mleka,
- 150ml śmietanki kremówki,
- 75g masła

Maliny wymieszać z cukrem i nalewką. Odstawić na godzinę, by nabrały aromatu, Formę wysmarować masłem i przesypać cukrem, dzięki czemu ciasto uzyska skórkę. Piekarnik nagrzać do temp. 180 stopni. Mąkę z solą wsypać do miski, dodać jajka, żółtko, ekstrakt. Delikatnie ubić trzepaczką, dodać mleko i śmietankę. W małym rondelku roztopić masło, a gdy to nabierze złotego koloru dodać do ciasta. Cóż. Ja rozpuściłam moje po prostu w mikrofali... maliny wysypać na formę, zalać rzadkim ciastem i piec około 30-35 minut. Przed podaniem posypać cukrem i jeść koniecznie ciepłe.


Przepis pochodzi z książki Raymonda Blanc'a.
 To prezent od męża, przyznaję, że bardzo trafiony.
Polecam książki wydawane przez  BBC books.


Smacznego. Au revoir.

piątek, 17 sierpnia 2012

proste ciasto z morelami i wysłuchana książka. 'pałac północy' c. r. zafona

Smak tego ciasta, jego niesłychanie proste wykonanie pozwoliło mi wrócić do czasów sprzed dziesiątych urodzin. Także to, że jedząc je, (pakowałam kolejne kartony by w końcu się przeprowadzić, ale nie to jest teraz istotne...). Jedząc, krzątając się po mieszkaniu słuchałam pierwszego w swoim życiu audiobooka. Początkowo nie potrafiłam słuchać i na przykład sprzątać, bo myśli uciekały mi od książki. Teraz segreguję papierzyska, mieszam w garnku, no i dodatkowo w pełnym skupieniu słucham. Wybrałam książkę Carlosa Ruiza Zafona 'Pałac północy'. To druga pozycja tego autora, muszę przyznać, że podobała mi się mniej niż 'Cień wiatru'. Nie wiem czy to kwestia niestandardowego zaznajomienia się z treścią, czy raczej to, że P. Fronczewski czytał książkę z takim namaszczeniem, że chwilami czułam się jakbym słuchała 'Pinokia' w przedszkolu. Możliwe, że historia młodych ludzi zmagających się z widmem okrutnego człowieka który podąża ich śladami od chwili ich urodzin, oraz cała seria przygód z tym związanych przywiodła mi na myśl lekturę 'Szatana z 7 klasy'... Nie ukrywam, były momenty gdy łza kręciła mi się w oku. Książka nie jest też wyprana z głębszego przekazu. Pod koniec dowiadujemy się istotnego faktu, który rzuca inne światło na wcześniejsze rozdziały. Myślę, że dlatego właśnie watro przeczytać. Jednak zdecydowanie w wersji standardowej.

składniki

- szklanka mąki,
- pół szklanki cukru,
- 3 jajka,
- 4 łyżki dżemu morelowego (mojej Mamy, najlepszy...)
- pół łyżeczki proszku do pieczenia,
- pół kostki masła,
- płatki migdałów,
- kilka moreli (około 8 sztuk),

jajka ucieramy z cukrem. Dorzucamy płynne masło i dżem. Miksujemy, stopniowo dodajemy mąkę przesianą z  proszkiem do pieczenia. Wykładamy ciasto na formę - dość płytką, przedtem wysmarowana masłem. Układamy morele. Pieczemy 55 minut w temp. 180 stopni. Pod koniec pieczenia ciasto posypujemy płatkami migdałowymi.



Książkę musicie ocenić sami. A ciasto smakuje idealnie jeszcze ciepłe
 z lodami waniliowymi, lub zimne. Po prostu...

Smacznego. Pa.

czwartek, 26 lipca 2012

krem ze świeżych pomidorów i lektura 'lecą wieloryby' aleksandra kościówa

Wszystko zaczęło się od Murakamiego. Od tego, że jego książki są dla mnie czymś jak najlepszy deser i dawkuję go sobie powolutku tylko dlatego, by pewnego dnia się nim nie przejeść. Gdy w Arsenale wpadła mi w rękę książka Aleksandra Kościowa 'Lecą wieloryby', wiedziałam, że muszę ja poznać, bo na okładce napisali, że jest naszym polskim Murakamim. Szczęśliwa, że odnalazłam kolejną pozycję z ulubionego literackiego stylu, zamówiłam kawę i zaczęłam czytać już na Starym Rynku. I co? Dobra książka. Tak jak lubię, fikcja i rzeczywistość stapiają się ze sobą jak różne sery by dać ten jeden - topiony. Autor opisuje początkowo uczucie dwojga niezmiernie młodych ludzi, Mai i Jona, by nagle drastycznie ich rozdzielić i każąc Jonowi bez wytchnienia biec ku ukochanej. Umieszcza go w przedziwnej krainie - Peronii, stanowiącej torowisko kolejowe, nie przyjazne jakiejkolwiek formie życia, zmuszającej mieszkańców do wiecznej walki o przetrwanie. W krainie każdy poza Jonem, bo ten znalazł się tu przypadkiem, ma znaczek. Brak znaczka powoduje, że wydostanie się z krainy nie stanowi jedynego problemu. Trzeba jeszcze uciekać przed złowrogimi kontrolerami. 




Lecą wieloryby początkowo wydała mi się książką dla czytelnika 16+. Warto jednak dotrwać do końca, bo zakończenie i przesłanie jakie niesie jest niezwykłe. To książka nie tylko o miłości , nadziei i przemijaniu człowieka. To książka o tym jak być i nie stracić kontroli nad 'jestem' i 'byłem'. Autor na prawdę dobrze lawiruje między czasami, rzeczywistościami i miejscami. Polecam, bo książka daje wiele obrazów wspaniale opisanych, surrealistycznych labiryntów, choć jak na mój gust porównanie Kościowa do Murakamiego, ma się jak sushi do pomidorowej... dziś tej specjalnej, którą gotuje moja mama. Słodkiej, pełnej bazylii, kremowej.

składniki

- włoszczyzna (użyłam pół szklanki mrożonej),
- litr wody,
- 5 dużych pomidorów,
- duża garść bazylii,
- 3 łyżki oliwy najlepszej jakości,
- sól i pieprz,
- łyżeczka cukru




Włoszczyznę szklimy na oliwie. Zalewamy wodą i gotujemy. Po 10 minutach dodajemy pokrojone pomidory. Gotujemy aż pomidory się całkowicie rozpadną. Doprawiamy solą pieprzem i cukrem. Dorzucamy garść bazylii, miksujemy na krem. Podajemy z listkami bazylii, skropiony oliwą.

Smacznego. Pa.

środa, 16 maja 2012

nasza zapiekanka . comfy food . dobra książka

Zapiekanka która powstała jak to zwykle bywa -  zupełnym przypadkiem. Została z nami na dobre, bo jakoś jej smak wywołuje u nas błogie poczucie bycia w  maleńkim jak orzeszek domu, poczucie przytulności i bezpieczeństwa. Aż dziw ile jedzenie jest w stanie dla nas zrobić. Sytość to jedno, ale całe szczęście nie kończy się tylko na tym. Syci możemy być jedząc nawet bezsmakowe papki. A smaki i aromaty łączące się ze sobą tworząc wielowymiarowe kompozycje to niezaprzeczalny dowód na to, że jedzenie jest cudem i magią którą jeśli dom posiada, jest bajkowy i najprawdziwszy. W końcu kuchnia i stół są najważniejszymi miejscami w domu. No chyba że mamy poprzestawiane priorytety. Wtedy może być inaczej.


 Zapędziłam się już dość daleko, by przedstawić Wam równie komfortową i otulającą jak nasza zapiekanka książkę. 'Kuchnia' Yoshimoto Banany  to kolejna wschodnia lektura, mająca typowy dla podobnych sobie książek klimat. Delikatna, eteryczna, ułożona jak misterny domek z kart. Autorka całą swoją subtelność ofiarowała nam wśród wszystkich zawartych tam słów. Znów mam to uczucie, że zamykając książkę jestem delikatniejsza, bledsza i bardziej azjatycka niż to widać w lustrze. Tym razem poznajemy życie młodych ludzi których bardzo doświadcza życie. Śmierć ukochanej osoby została opisana tak, by kiedyś w trudnych chwilach było nam łatwiej pewne rzeczy zrozumieć. Sięgamy też tematu akceptacji, bo jak inaczej nazwać sztuczne piękno matki, która przeszła wiele operacji plastycznych, by w mamę przemienić z.... taty? Jak zwykle opisy małych mieszkań w azjatyckim stylu, głównie tytułowej kuchni i sofy gdzie rozgrywa się większość dialogów. Dla mnie ta książka jest jak balsam, jej przeczytanie wywołało u mnie ledwo dostrzegalny uśmiech znany z obrazów tajemniczych Azjatek. Polecam wszystkim, nie tylko gotującym.


składniki

- 4 sparzone białe kiełbaski,
- kwiat brokuła,
- 1 cebula,
- 3 średniej wielkości ziemniaki,
- sól, pieprz,

- ząbek czosnku, szklanka mleka, łyżka mąki pszennej, plaster żółtego sera, sól i pieprz

Kiełbaski kroimy na mniejsze kawałki i podsmażamy z cebulą. W międzyczasie gotujemy plastry ziemniaków i różyczki brokuła. Lekko twardawe warzywa i kiełbaskę przenopsimy do naczynia żaroodpornego. Na patelni po smażeniu gotujemy mleko, wciskamy do niego czosnek, solimy, zagęszczamy mąką z odrobiną zimnego mleka. Na koniec dodajemy plaster sera i rozpuszczamy w gorącym sosie.

Polewamy zapiekankę i wstawiamy do piekarnika na 25 minut. Temperatura pieczenia to 170 stopni.

Smacznego. Pa.


piątek, 11 maja 2012

brokułowy makaron z kaparami i anchois

Wieczory sam na sam są przemiłe. Maseczka na buzi, kobiece nutki w głośnikach, czasem ulubiona rooibos i słodki leń, innym razem książka kucharska i szaleństwa w fartuszku w mojej ukochanej kuchni. Gdy te wszystkie składniki jakimś trafem się połączą, w moich garnuszkach powstają dania o istnie magicznych właściwościach. Łagodzą nerwy, przywracają uśmiechy, sprawiają, że czas choć na moment zwalnia bieg.

Magiczne już w pełni są dania z przewagą koloru zielonego. Nie wiem czy w poprzednim wcieleniu byłam świnką morską czy kozą, czy po prostu chlorofil ma tak zbawienne działanie na moją duszę, ale to na prawdę się sprawdza. Poza tym kto jak kto, ale Jamie nie może się mylić. On po prostu wie. Jeśli jeszcze nie przeglądaliście jego książek, polecam. Moim zdaniem, tak jak w niektórych publikacjach wyłapujemy co trzeci, czwarty przepis, w książkach Olivera doskonały jest każdy, ale to każdy przepis. Ten też. Jamie serwuje makaron wraz z sałatką z cukinii i mozzarelli, oraz inną z szynki i melona.Cudowne, wiosenne lekkie połączenie. Obiecuję sobie, że kiedyś podam cały 30 minutowy zestaw. Na razie na obietnicach się kończy. I też jest ok :)


przepis pochodzi z książki '30 minut w kuchni'



składniki

- 125g parmezanu,
- 1 duży brokuł,
- 200g fioletowych brokułów odmiany sprouting (no tu to Jamie popłynął...),
- 1 puszka anchois w oliwie,
- 1 czutaba łyżka kaparów,
- 1 mała suszona papryczka chili (u mnie w płatkach, niewielka ilość, około 1/2 łyżeczki),
- 2 ząbki czosnku,
- kilka gałązek świeżego tymianku (u mnie dopiero rośnie, więc dodałam suszony),
- 500g makaronu (jamie użył orecchiette)

Odkrój skórkę parmezanu, i odłóż na później. Zetrzyj parmezan i przesyp do miski. Odkrój wszystkie różyczki brokułu z łodygi. Załóż do malaksera zwykły nóż. Przekrój łodygę, włóż do malaksera, dodaj anchois z oliwą oraz kapary. Dodaj pokruszoną chili. Dorzuć 3 obrane ząbki czosnku i pulsacyjnie zmiksuj wszystko na pastę.Napełnij duży garnek wrzątkiem i postaw na ogniu.

Wlej 3 łyżki oliwy na patelnię, przełóż pastę i wymieszaj. Dodaj tymianek. Dolej niecałą szklankę wody i wrzuć skórkę parmezanu. Wymieszaj, zmniejsz ogień i mieszaj od czasu do czasu. Napełnij czajnik do połowy i zagotuj wodę.

Wrzuć makaron do wrzątku, posól i gotuj zgodnie z instrukcją. Po kilku minutach zamieszaj i dodaj różyczki brokułów.

Odcedź makaron, zachowując część gotującej wody. Przełóż na patelnię z pastą brokułową. Wyjmij skórkę parmezanu. Dodaj garść tego tartego i troszkę wody z gotowania makaronu.Wymieszaj starannie aż wszystko będzie luźne i błyszczące. Dopraw do smaku, podaj posypując świeżo tartym parmezanem. Skrop oliwą i posyp listkami bazylii.

Smacznego. Pa.

czwartek, 10 maja 2012

blondies z masłem orzechowym wg Rachel Allen

Ostatnio nie bywam. Jej, zabrzmiało, jakbym nazywała się Brodka czy Steczkowska. No ale ja nie bywam kulinarnie. W cyber przestrzeni. Bo gotuję nadal, nie głodzę się przed ślubem (choć może pasowałoby czasem sobie czegoś odmówić dla dobra wrażliwości estetycznych naszych gości... no ale wychodzę z założenia, że to serdeczni, dobrze znający mnie ludzie i będą zapewniać mnie o moim lśnieniu na każdym kroku. Oby nie o to lśnienie z Nicolsonem w roli głównej im chodziło...) 

Moim ostatnim wypiekiem było właśnie to blandies. Jeśli lubicie brownies, czy jak kto woli murzynka, wypróbujcie koniecznie jego bladoskórej przyjaciółki, pełnej białej waniliowej czekolady i aromatu orzeszków arachidowych. Dobre. Może nie moje ulubione, bo masło orzechowe lekko tu dominuje -jeśli lubicie, będziecie zachwyceni. Przepis czekał na mnie dość długo w książce Rachel Allen, tutaj macie film instruktażowy (klik), proponuję zwrócić uwagę na prześmieszny akcent Rachel. Miła babeczka, pełna światła i optymizmu. Na mój optymizm dobrze wpływa też głos Blondie. Tra la la!



składniki
-125g mąki (u mnie wkradł się patriotyzm lokalny - użyłam poznańskiej)
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia,
- 100g masła w temperaturze pokojowej,
- 150g masła orzechowego (Rachel poleca to z kawałkami orzechów, ja użyłam gładkiego),
- 175g jasnego brązowego cukru,
- 1 jajko,
- 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego,
- tabliczka dobrej białej czekolady

Zmiksuj masło z masłem orzechowym na puszystą, jasną masę. Dodaj cukier, jajko i wanilię. Połącz. Dodaj przesianą mąkę z proszkiem, dodaj pokrojoną na kawałeczki czekoladę. Piecz (w niedużej kwadratowej lub prostokątnej blasze) w temperaturze 170 stopni, przez 25-30 minut. Nie przejmuj się jeśli wygląda na niedopieczona na środku.  Wystudzone posyp cukrem pudrem i pokrój na kwadraciki.

 

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

23 kwietnia, z Gombrowiczem i muffiną w dłoni

 Mamy dziś 23 kwietnia, światowy dzień książki, a także praw autorskich. Ważny dzień,  w końcu czytanie jest tym, co kształtuje nasze umysły, poszerza horyzonty i daje chwile wytchnienia z dala od reklam i całej tej rozpędzonej lokomotywy życia. Dziś jest idealny dzień by wspomnieć o Witoldzie Gombrowiczu, moim ulubionym polskim pisarzu. Uubioną książką są chyba 'Opętani', odnalazłam w niej pomiędzy typowym dla Gombrowicza stylem coś ze swoich pierwszych przeczytanych w dzieciństwie książek. Budziła we mnie podobne odczucia., miałam wypieki w tym samym chyba kolorze, co 15 lat temu. Nie zapomnę, jak kiedyś w szpitalu lekarz podczas obchodu chwycił moją lekturę do ręki mówiąc 'dziecko, co ty czytasz!, nie za ciężko w obecnym stanie?' Wtedy był to 'Kosmos'. I nie, nie był za ciężki. Był w sam raz, choć opis dyndającego martwego wróbla nie każdemu musi odpowiadać, to prawda. W twórczości Gombrowicza jest jakaś magia, której jak dotąd nie znalazłam u nikogo innego. Czytaliście 'Pornografię'? Klasyka, która podoba mi się także dlatgo, że mimo, że osadzona w realnym świecie, to jednak została  całkowicie stworzona przez wyobraźnię autora. Jest obłokiem snu, bo przecież Gombrowicz nie mieszkał w Polsce, a już wogóle nie w tym czasie. Przenikanie się naszej historii z powieścią nie opartą na faktach powoduje, że pogląd na sprawę lekko się wykrzywia, przenosi nas gdzieś pomiędzy betonem a chmurami. I oto właśnie cały Gombrowicz.


"Tej Polski wojennej nie znam. Nie byłem przy tym. 
W ogóle Polski od 1939 r. nie oglądałem.Opisałem to tak, jak sobie wyobrażam. 
To więc jest Polska imaginacyjna — i nie przejmujcie się,że czasem pomylone, 
czasem może fantastyczne, bo nie o to chodzi i to zupełnie 
bez znaczenia dla spraw tutaj się odbywających."
W. Gombrowicz 


Do lektury, jak zwykle na słodko. Muffiny owsiane z jabłkiem i cynamonem. Może mało wiosennie, za to niewątpliwie wyraźnie i smacznie. Babeczki są idealnie wilgotne, idealnie słodkie i idealnie wkomponowane w czas kocykowo książkowy. Ich tajemnicą sukcesu jest nieobrane, tarte jabłko. Nic wielkiego, przyznam szczerze, że rozbawiło mnie gdy wieczorem zajadając się nimi przeglądałam książkę Rachel Allen i trafiłam na identyczny przepis. Heh...


owsiane muffiny z jabłkiem i cynamonem

składniki (na 9 większych muffinek)

- pół szklanki  mąki,
- pół szklanki płatków owsianych,
- 1/3 szklanki cukru,
- 1 jajko,
- 3 łyżki topionego masła
- 2 jabłka 
- łyżeczka cynamonu,
-  pół łyżeczki sody i pół łyżeczki sody
 (ewentualnie troszkę mleka, gdyby masa była zbyt gęsta i sucha. Ale to zależy od jabłek...)

Jabłka trzemy na tarce o grubych oczkach. Mieszamy je z cynamonem i cukrem. Suche składniki dokładnie mieszamy, następnie mokre z jabłkami i dwie mieszanki łączymy. Pieczemy 25 minut w temperaturze 180 stopni.
 

sobota, 14 kwietnia 2012

risi e bisi

Przeglądałam dziś zdjęcia którymi dzieliłam się na swojej funpage na twarzoksiążce. Jak to się stało, że jest tam tyle dań których jeszcze nie opublikowałam na śliwkach? Nie czas się zastanawiać, czas nadrabiać!

Risi e bisi jest klasycznym włoskim risottem, które przygotowałam szalenie deszczowego dnia. Nie to co dziś, dziś było przepięknie. No ale jutro ma znów zacząć padać, więc może przepis ponownie zagości w mojej kuchni. By go przygotować nie trzeba robić wydumanych zakupów. Większość produktów zazwyczaj mamy w kuchni. Jeden z nich - mrożony groszek - muszę przyznać że po prostu go kocham! Za jego uniwersalność i za wypełnienie wielu zup, zapiekanek i dań jednogarnkowych. No i ten smak... słodycz, jedyna w swoim rodzaju, taka delikatna. Co prawda mrożony groszek nie sprawdza się w sałatce jarzynowej (u mnie nigdy go nie dodawano, choć Marcinku bez groszku nie wyobraża sobie tradycyjnej krajanki...) ale w każdym innym zestawieniu jest moim ulubieńcem. W tym tym bardziej. Mi nie przeszkadzała niewielka ilość boczku, mięsożernemu samcowi Alpha nie przeszkadzało dokładnie to samo, z naciskiem na MAŁA ILOŚĆ. Znów i wilk syty i owca ocalona. Bosko...

składniki - przepis pochodzi z książki 'bowl dish'

- 1l bulionu drobiowego (u mnie tylko osolony wrzątek...),
- 2 łyżki oliwy z oliwek,
- 1 cebula,
- 1/2 słupka selera naciowego (pominęłam),
- 60g pancetty,
-250g ryżu arborio,
- 300g mrożonego groszku,
- 60g masła,
- 80g tartego parmezanu + do podania,
- sól i świezo mielony pieprz

Rozgrzej oliwę, dodaj posiekaną cebulę (i seler). Następnie dodaj pokrojoną pancettę. Delikatnie smaż aż cebula będzie miękka. Dodaj ryż i mieszaj około minutę aż wchłonie cały tłuszcz. Dolej chochelkę wywaru i mieszaj, aż ryż wsiąknie większość płynu. Podobnie dolewaj płyn do czasu aż ryż będzie miękki. Dodaj groszek i parmezan.Dokładnie wymieszaj, groszek powinien podgrzać się bardzo szybko. Podaj z płatkami parmezanu.

Smacznego. Pa.


sobota, 4 lutego 2012

pastitsio

Po ostatnim ziemniaku z sosem tzatziki apetyt na grecką kuchnię mnie nie opuszcza. Dostałam w prezencie od kuzynów greckie migdały, z których niedługo skomponuję jakieś aromatyczne łakocie. Pamiętam też, gdy kiedyś prezentem kulinarnym przywiezionym z Grecji była.... cebula - zabawne, ale jak ona smakowała... jestem fanką czerwonej cebuli za jej słodycz, jednak tamta smakowała o niebo lepiej niż dostępne u nas gatunki.

Przepis na tradycyjne greckie zapiekanki znajdziecie w książce z serii Kulinarne Podróże, wydanej przez Rzeczpospolitą. Moja wersja jest lekko odchudzona, bo próbowałam troszkę uszczuplić beszamel, jednak jak widać na zdjęciu efekt jest średni. Albo nawet bardzo średni, dlatego podaję przepis zgodnie z książką. Zajadam i marzę o wakacjach, pocieszając się faktem, że biało niebieskie domki są tzw. chwytem marketingowym, a Ateny są słabiej rozwinięte od naszych wielkich miast. Opowieści o braku chodników i wszędobylskich śmieciach lekko poprawiła mój humor, jednak nadal chcę do lata. Expressem!

Jeżeli planujecie podać pastitsio na kolację dla gości,
proponuję przygotować ja wcześniej, później odgrzać i dopiero kroić.
W innym wypadku będzie wyglądać właśnie tak...


składniki

- 250g makaronu,
- 2 lekko ubite jajka,
- 3/4 szklanki tartego parmezanu,
- 2 łyżki pokruszonego pieczywa,

- 2 łyzki oliwy,
- 2 posiekane cebule,
- 750g wołowiny (u mnie wieprzowina, akurat miałam...)
- 1 puszka pomidorów,
- 1/3 szklanki przecieru pomidorowego,
- 1/2 szklanki wody,
- 1/4 szklanki białego wina,
- 1 kostka bulionu wołowego (pominęłam oczywiście....)
- 1/2 łyżeczki mielonego cynamonu (dodałam znacznie więcej)
- 1 lekko ubite jajko,

- 90g masła,
1/2 szklanki mąki pszennej,
- 3 1/2 szklanki mleka,
- 1 szklanka tartego parmezanu,
- 2 żółtka

Rozgrzej piekarnik do 180 stopni. Nasmaruj płytki naczynie żaroodporne, Przygotuj sos mięsny. Ugotuj al dente makaron, odcedź i ułóż w formie wymieszany z serem i jajami. Dociśnij makaron, pokryj warstwą sosu mięsnego. Następnie pokryj warstwą sosu serowego. Posyp kruszonym pieczywem. Piecz w piekarniku około godzinę. Przed podaniem lekko przestudź.

Smacznego. Pa.



poniedziałek, 23 stycznia 2012

curry z papają Gordona Ramsaya

Dziś mam pustkę. Nie tylko w głowie ale w całej sobie. Dziwny stan. Nie lubię takich dni, bo czuję się wtedy jakby wyprana w pralce, ale bez płynu do zmiękczania tkanin. Ani smutna ani wesoła. Po prostu obserwuję wszystko, z tą małą różnicą, że jestem bardziej schowana w środek własnych oczodołów. Dziwne. Wiem. Ale nie umiem opisać lepiej tego stanu...

Znam tylko jeden sposób by pokonać to przedziwne zniekształcenie rzeczywistości. Wspominanie miłych chwil na prawdę pomaga. A miłe było i to bardzo spotkanie z Obee i Szaną. Lody, mocna kawa i rozmowy o tylu ciekawych sprawach. Poprzez kuchnię, przepisy i smaki, po kino i radio. Czas bardzo dobry, taki który musi się powtórzyć, tym bardziej, że muszę oddać pożyczoną książkę. Cudną, pełną moich ulubionych smaków i aromatów - wielką ucieczkę Gordona Ramsaya - przepisy zebrane podczas pobytu w Indiach. Niesamowita, pełna kolorowych zdjęć, łapałam się na tym, że wąchałam strony licząc na wdychanie zapachu Indyjskich ulic. Gotowanie zaczęłam od curry z papają, którą dostałam od Mamy. I co? Jakby to ująć... śmieszny owoc, smakował jak marchewka z rosołu. Delikatnie, słodko, spróbujcie jeśli curry jest tym, czego w styczniu potrzebujecie najbardziej. Ja potrzebuję.



przepis z 'Great Escape' Gordona Ramsaya (dziękuję Obee za pożyczenie książki......)

- 500-600g udek z kurcząt (u mnie filet...)
- 1 łyżka kurkumy,
- 1 łyżka soli morskiej i mielonego czarnego pieprzu,
- 2 łyżki gorczycy,
- olej roślinny,
- 2 średnie cebule drobno posiekane,
- 3cm imbiru, tarte ( u mnie mielony z paczki...),
- 3 ząbki czosnku,
- 1 zielone chili (opcjonalnie),
- 1 twarda posiekana papaja,
- sok z limonki,
- posiekana kolendra

Mięso pokrój i wymieszaj z kurkumą i przypraw solą i pieprzem. Odstaw. Rozgrzej olej na patelni o grubym dnie, dodaj cebule, imbir, czosnek, (chilli jeśli dodajesz) i smaż przez 4-5 minut. Mieszaj od czasu do czasu, aż cebula zmięknie. Dodaj kawałki kurczaka i dobrze wymieszaj. Gdy mięso się zetnie dodaj trochę wody i papaję. Zagotuj. Skręć gaz i gotuj na małym ogniu jeszcze przez 15-20 minut. Będzie gotowe, gdy mięso będzie miękkie a sos zgęstnieje. Na koniec polej sokiem z limonki , posyp kolendrą i serwuj z ryżem.

Smacznego. Pa.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...