czwartek, 26 lipca 2012

krem ze świeżych pomidorów i lektura 'lecą wieloryby' aleksandra kościówa

Wszystko zaczęło się od Murakamiego. Od tego, że jego książki są dla mnie czymś jak najlepszy deser i dawkuję go sobie powolutku tylko dlatego, by pewnego dnia się nim nie przejeść. Gdy w Arsenale wpadła mi w rękę książka Aleksandra Kościowa 'Lecą wieloryby', wiedziałam, że muszę ja poznać, bo na okładce napisali, że jest naszym polskim Murakamim. Szczęśliwa, że odnalazłam kolejną pozycję z ulubionego literackiego stylu, zamówiłam kawę i zaczęłam czytać już na Starym Rynku. I co? Dobra książka. Tak jak lubię, fikcja i rzeczywistość stapiają się ze sobą jak różne sery by dać ten jeden - topiony. Autor opisuje początkowo uczucie dwojga niezmiernie młodych ludzi, Mai i Jona, by nagle drastycznie ich rozdzielić i każąc Jonowi bez wytchnienia biec ku ukochanej. Umieszcza go w przedziwnej krainie - Peronii, stanowiącej torowisko kolejowe, nie przyjazne jakiejkolwiek formie życia, zmuszającej mieszkańców do wiecznej walki o przetrwanie. W krainie każdy poza Jonem, bo ten znalazł się tu przypadkiem, ma znaczek. Brak znaczka powoduje, że wydostanie się z krainy nie stanowi jedynego problemu. Trzeba jeszcze uciekać przed złowrogimi kontrolerami. 




Lecą wieloryby początkowo wydała mi się książką dla czytelnika 16+. Warto jednak dotrwać do końca, bo zakończenie i przesłanie jakie niesie jest niezwykłe. To książka nie tylko o miłości , nadziei i przemijaniu człowieka. To książka o tym jak być i nie stracić kontroli nad 'jestem' i 'byłem'. Autor na prawdę dobrze lawiruje między czasami, rzeczywistościami i miejscami. Polecam, bo książka daje wiele obrazów wspaniale opisanych, surrealistycznych labiryntów, choć jak na mój gust porównanie Kościowa do Murakamiego, ma się jak sushi do pomidorowej... dziś tej specjalnej, którą gotuje moja mama. Słodkiej, pełnej bazylii, kremowej.

składniki

- włoszczyzna (użyłam pół szklanki mrożonej),
- litr wody,
- 5 dużych pomidorów,
- duża garść bazylii,
- 3 łyżki oliwy najlepszej jakości,
- sól i pieprz,
- łyżeczka cukru




Włoszczyznę szklimy na oliwie. Zalewamy wodą i gotujemy. Po 10 minutach dodajemy pokrojone pomidory. Gotujemy aż pomidory się całkowicie rozpadną. Doprawiamy solą pieprzem i cukrem. Dorzucamy garść bazylii, miksujemy na krem. Podajemy z listkami bazylii, skropiony oliwą.

Smacznego. Pa.

2 komentarze:

shinju pisze...

Tak, tak, tak - mówię dla zupy. Mam w domu sporo świeżej pachnącej bazylii. A książka... chyba trzeba się zainteresować, bo ja też Murakamiego lubię :)

Beatrice pisze...

Uwielbiam takie zupki! Pięknie wygląda, bardzo apetycznie :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...