Zazwyczaj na skrzydełkach gotowałam zupki jarzynowe. Poza tym uważałam, że poza skórą na tych pokracznych kurczęcych rączkach nie wiele jest mięsa. I co? Okazuje się, że przygotowane w super sposób, super smakują. Fatk, więcej zabawy niż posilającego jedzenia, ale spotykając się z przyjaciółmi, przegryzając, gestykulując śmiesznie podkurczonymi paluchami umorusanymi w sosach nie ma nic lepszego niż takie właśnie skrzydełka. Ostre, ale nie tylko. Miło słone, delikatnie słodkie. Nie miały wyjść jak te z KFC. Nie lubię tych pancernych panierek, i tak nigdy ich nie jem... Miały być lekko jak Buffalo, ale oszczędziłam im smażenia w głębokim tłuszczu. Dietetycznie trafiły do piekarnika, sympatycznie skwiercząc i rumieniąc się, bynajmniej nie ze wstydu - bo wstydzić nie miały się czego. Pycha, pycha, pycha...
Moje danie podałam z słupkami surowych warzyw i colesławem z dodakiem pora, by pozostać przy ostrym wrażeniu. Polecam!
składniki
- skrzydełka kurczaka,
- łyżka golden syroup (można zastąpić miodem),
- łyżka sosu BBQ (tak, użyłam gotowego!!!!!!),
- łyżeczka pieprzu cayenne,
- sól i pieprz,
- oliwa chilli (nie masz? użyj tej z przystawkowych ostrych papryczek, też się nada) ;)
Skrzydełka myjemy, osuszamy, obcinamy lotki. Ewentualnie zachowujemy na zupę. Skrzydełka obtaczamy w wymieszanych składnikach marynaty, odczekujemy chwilę i umieszczamy na blasze. Pieczemy w piekarniku z opcją grilla i obracając co jakiś czas pieczemy 30minut w temperaturze 150 stopni. Nie za długo, by nie przesuszyć mięska.
Smacznego. Pa.

