piątek, 25 maja 2012

diabelnie smaczne skrzydełka

Zazwyczaj na skrzydełkach gotowałam zupki jarzynowe. Poza tym uważałam, że poza skórą na tych pokracznych kurczęcych rączkach nie wiele jest mięsa. I co? Okazuje się, że przygotowane w super sposób, super smakują. Fatk, więcej zabawy niż posilającego jedzenia, ale spotykając się z przyjaciółmi, przegryzając, gestykulując śmiesznie podkurczonymi paluchami umorusanymi w sosach nie ma nic lepszego niż takie właśnie skrzydełka. Ostre, ale nie tylko. Miło słone, delikatnie słodkie. Nie miały wyjść jak te z KFC. Nie lubię tych pancernych panierek, i tak nigdy ich nie jem... Miały być lekko jak Buffalo, ale oszczędziłam im smażenia w głębokim tłuszczu. Dietetycznie trafiły do piekarnika, sympatycznie skwiercząc i rumieniąc się, bynajmniej nie ze wstydu - bo wstydzić nie miały się czego. Pycha, pycha, pycha... 

Moje danie podałam z słupkami surowych warzyw i colesławem z dodakiem pora, by pozostać przy ostrym wrażeniu. Polecam!

składniki

- skrzydełka kurczaka,
- łyżka golden syroup (można zastąpić miodem),
- łyżka sosu BBQ (tak, użyłam gotowego!!!!!!),
- łyżeczka pieprzu cayenne,
- sól i pieprz,
- oliwa chilli (nie masz? użyj tej z przystawkowych ostrych papryczek, też się nada) ;)

Skrzydełka myjemy, osuszamy, obcinamy lotki. Ewentualnie zachowujemy na zupę. Skrzydełka obtaczamy w wymieszanych składnikach marynaty, odczekujemy chwilę i umieszczamy na blasze. Pieczemy w piekarniku z opcją grilla i obracając co jakiś czas pieczemy 30minut w temperaturze 150 stopni. Nie za długo, by nie przesuszyć mięska.

Smacznego. Pa.

czwartek, 24 maja 2012

jogurtowe muffiny z rabarbarem i złoty piasek przyjaźni

Gdybym o swojej przyjaźni opowiedziała w średniowieczu, spaliliby mnie na stosie. Na bank! No bo tak - jest osoba, do której zwróciłam się przypadkiem, łowiąc ją z przestrzeni niewidzialną wędką. Nigdy jej nie spotkałam. Powierzyłam jej część swych sekretów wpatrując się w płaski, zimny ekran (jak opisać średniowiecznemu giermkowi ekran???) Płakałam choć nie słyszała, a ona nie wypowiadając ani jednego słowa postawiła mnie na nogi. Śmiałyśmy się razem, trzymając w rękach gadające pudełeczka, nie musząc krzyczeć, choć dzieliły nas setki kilometrów. Tak właśnie było. Ba! Nawet jest, bo spotkać nam się szalenie ciężko. Nie wierzycie w przyjaźń poznańsko-warszawską? A jednak się zdarza. Nam się przytrafiła i świetnie! Ala pomaga mi spojrzeć na wiele spraw z zupełnie innej perspektywy. Czasem z takiej o której nawet stając na głowie bym nie pomyślała. Tak, Ala bloguje. A rozmawiamy nie tylko o jedzeniu. Niesamowite. Niech to trwa... niech to trwa...

W końcu upiekłyśmy coś razem. Bez ciśnienia, po prostu rabarbarowo miało być. Nie robię równie dobrych co Ala zdjęć. Za to... no właśnie. Za to co? Nie wiem. Autentycznie nie mam pojęcia! Oj czekaj no A.H (to Alicjowe inicjały, które mi porwała wychodząc za mąż...), już ja Cię w końcu dopadnę, wypijemy morze kawy i magiczną pogłębiarką wysypiemy tony złotego piasku przyjaźni na brzeg naszej coraz głębszej znajomości...




składniki na rabarbarowe muffiny ze złotym piaskiem przyjaźni

- kubeczek jogurtu naturalnego,
- 4 łyżki oleju rzepakowego (słonecznikowy też zapewne zadziała...)
- 1 jajko,

- szklanka mąki,
- łyżeczka proszku do pieczenia,
- łyżeczka sody oczyszczonej,
- cukier kryształ, ilość wedle uznania
- cukier damarara (do posypania)

- rabarbar....

Suche składniki dokładnie mieszamy, mokre też. Rabarbar kroimy na drobne kawałki, zasypujemy częścią cukru. Łączymy składniki mokre i suche, dodajemy rabarbar, wypełniamy papilotki. Posypujemy cukrem damarara, czekamy aż lekko wpije się w ciasto i pieczemy. Około 25 minut w temperaturze 180 stopni.

 Smacznego. Pa.



środa, 16 maja 2012

nasza zapiekanka . comfy food . dobra książka

Zapiekanka która powstała jak to zwykle bywa -  zupełnym przypadkiem. Została z nami na dobre, bo jakoś jej smak wywołuje u nas błogie poczucie bycia w  maleńkim jak orzeszek domu, poczucie przytulności i bezpieczeństwa. Aż dziw ile jedzenie jest w stanie dla nas zrobić. Sytość to jedno, ale całe szczęście nie kończy się tylko na tym. Syci możemy być jedząc nawet bezsmakowe papki. A smaki i aromaty łączące się ze sobą tworząc wielowymiarowe kompozycje to niezaprzeczalny dowód na to, że jedzenie jest cudem i magią którą jeśli dom posiada, jest bajkowy i najprawdziwszy. W końcu kuchnia i stół są najważniejszymi miejscami w domu. No chyba że mamy poprzestawiane priorytety. Wtedy może być inaczej.


 Zapędziłam się już dość daleko, by przedstawić Wam równie komfortową i otulającą jak nasza zapiekanka książkę. 'Kuchnia' Yoshimoto Banany  to kolejna wschodnia lektura, mająca typowy dla podobnych sobie książek klimat. Delikatna, eteryczna, ułożona jak misterny domek z kart. Autorka całą swoją subtelność ofiarowała nam wśród wszystkich zawartych tam słów. Znów mam to uczucie, że zamykając książkę jestem delikatniejsza, bledsza i bardziej azjatycka niż to widać w lustrze. Tym razem poznajemy życie młodych ludzi których bardzo doświadcza życie. Śmierć ukochanej osoby została opisana tak, by kiedyś w trudnych chwilach było nam łatwiej pewne rzeczy zrozumieć. Sięgamy też tematu akceptacji, bo jak inaczej nazwać sztuczne piękno matki, która przeszła wiele operacji plastycznych, by w mamę przemienić z.... taty? Jak zwykle opisy małych mieszkań w azjatyckim stylu, głównie tytułowej kuchni i sofy gdzie rozgrywa się większość dialogów. Dla mnie ta książka jest jak balsam, jej przeczytanie wywołało u mnie ledwo dostrzegalny uśmiech znany z obrazów tajemniczych Azjatek. Polecam wszystkim, nie tylko gotującym.


składniki

- 4 sparzone białe kiełbaski,
- kwiat brokuła,
- 1 cebula,
- 3 średniej wielkości ziemniaki,
- sól, pieprz,

- ząbek czosnku, szklanka mleka, łyżka mąki pszennej, plaster żółtego sera, sól i pieprz

Kiełbaski kroimy na mniejsze kawałki i podsmażamy z cebulą. W międzyczasie gotujemy plastry ziemniaków i różyczki brokuła. Lekko twardawe warzywa i kiełbaskę przenopsimy do naczynia żaroodpornego. Na patelni po smażeniu gotujemy mleko, wciskamy do niego czosnek, solimy, zagęszczamy mąką z odrobiną zimnego mleka. Na koniec dodajemy plaster sera i rozpuszczamy w gorącym sosie.

Polewamy zapiekankę i wstawiamy do piekarnika na 25 minut. Temperatura pieczenia to 170 stopni.

Smacznego. Pa.


poniedziałek, 14 maja 2012

kacze udka w sosie rabarbarowym

Akcja opróżniania zamrażarki trwa. Jakiś czas temu kupiłam kacze udka z myślą o apetycznym, gęstym stir-fry, albo confit. Na chińszczyznę jednak nie mieliśmy ochoty, a pieczenie mięsa w przeogromnych ilościach tłuszczu nie przemawiało do mnie ani troszkę. Dlatego może szukając nowych rozwiązań, wczoraj w mojej głowie pojawił się inny pomysł na ich przyrządzenie. Po drożdżówce z rabarbarem śladu już prawie nie ma, ale została mi miseczka owocu zasypanego niewielką ilością cukru. A skoro kaczka lubi się z jabłkami, dlaczego nie miałaby polubić się z kwaskowym rabarbarem? Smak jak dla mnie idealny, tylko sos na pierwszy rzut oka nie zdradza po sobie czym jest podbity, bo soki z mięsa i przyprawy powodują, że jest po prostu średnio ciemnym, pieczeniowym brązem. Jednak aromat i smak mówią już absolutnie wszystko. Bierzcie i jedzcie, na prawdę warto.

składniki (na 2 porcje obiadowe)

- 2 kacze udka,
- 2 średniej wielkości ziemniaki,
- kilka kostek rabarbaru + sok powstały po zasypaniu ich 3 łyżeczkami cukru,
- 3 ząbki czosnku,
- 6 ziarenek czarnego pieprzu,
- szczypta majeranku,
- łyżka ostu balsamicznego,
- sól,
- łyżeczka mąki

Udka myjemy i marynujemy w 1/2 szklance wody plus czosnek (zgnieciony pięścią nie obierany), pieprz, ocet, majeranek, sól i część soku rabarbarowego i owoce. Wkładamy do lodówki na 3h.

Osączamy udka z marynaty, Układamy wraz z czosnkiem i owocami w naczyniu żaroodpornym i pieczemy w 190 stopniach. Po 1h dokładamy pokrojone i dobrze wypłukane ze skrobi ziemniaczki. Pieczemy jeszcze 25 minut, aż ziemniaczki będą zarumienione.

Zlewamy soki, zagotowujemy dodając resztę soku z rabarbaru, zagęszczamy.

Smacznego, Pa.

sobota, 12 maja 2012

tagliatelle z łososiem i szpinakiem

Na dodatek w lekkim jogurtowym sosie, z czosnkiem i gałką. Uwielbiam, gdy ma sporo świeżo zmielonego pieprzu, jego kremowy i delikatny sos dostaje wtedy  niesamowitego kopa. Kiedyś, dawno, jedliśmy podobny w knajpie w Londonie, ale mocno śmietanowy. Pycha, ale ciężko było. Moja wersja jest lekka jak obłoczek, minimalnie tylko zagęszczona mąką, ale i tej pewnie można by uniknąć. Świeży szpinak pomaleńku jest dostępny w całorocznej sprzedaży, więc cieszymy się tym daniem jak tylko w Selgrosie zaopatrzymy się w przepyszne kąski wędzonego łososia. Są o sto razy lepsze niż 'brzuszki', które są totalnie tłuste i kapiące. Są fuj i już. Albo ja jeszcze nie znalazłam dobrego dla nich zastosowania. Jeśli ktoś zapytałby o moje wymarzone danie na randkę (no może nie tą pierwszą, bo czosnek może dać się we znaki gdyż jest tylko blanszowany we wrzątku ze szpinakiem ...) albo na kolację we dwoje, ta pasta znalazłaby się w pierwszej piątce.

składniki

- 500g młodego szpinaku 'baby'
- 300g wędzonego łososia,
- 1/2 cebuli,
- 1 ząbek czosnku,
- makaron wstążki,
- duży jogurt grecki,
- szklanka mleka,
- sól, pieprz, gałka muszkatołowa

Makaron gotujemy wg wskazówek na opakowaniu. Szklimy drobno pokrojoną cebulkę. Opłukany szpinak zalewamy wrzątkiem z czajnika, dodajemy pół szklanki mleka, pokrojony w plastereczki czosnek i sól. Jogurt mieszamy z pozostałym mlekiem i łyżeczką mąki. Zalewamy miękką cebulkę, dodajemy osączony szpinak i rozdrobionego łososia. Mieszamy, zdejmujemy z ognia i dodajemy gorący, odcedzony (nie zahartowany) makaron. 

Smacznego. Pa.

piątek, 11 maja 2012

brokułowy makaron z kaparami i anchois

Wieczory sam na sam są przemiłe. Maseczka na buzi, kobiece nutki w głośnikach, czasem ulubiona rooibos i słodki leń, innym razem książka kucharska i szaleństwa w fartuszku w mojej ukochanej kuchni. Gdy te wszystkie składniki jakimś trafem się połączą, w moich garnuszkach powstają dania o istnie magicznych właściwościach. Łagodzą nerwy, przywracają uśmiechy, sprawiają, że czas choć na moment zwalnia bieg.

Magiczne już w pełni są dania z przewagą koloru zielonego. Nie wiem czy w poprzednim wcieleniu byłam świnką morską czy kozą, czy po prostu chlorofil ma tak zbawienne działanie na moją duszę, ale to na prawdę się sprawdza. Poza tym kto jak kto, ale Jamie nie może się mylić. On po prostu wie. Jeśli jeszcze nie przeglądaliście jego książek, polecam. Moim zdaniem, tak jak w niektórych publikacjach wyłapujemy co trzeci, czwarty przepis, w książkach Olivera doskonały jest każdy, ale to każdy przepis. Ten też. Jamie serwuje makaron wraz z sałatką z cukinii i mozzarelli, oraz inną z szynki i melona.Cudowne, wiosenne lekkie połączenie. Obiecuję sobie, że kiedyś podam cały 30 minutowy zestaw. Na razie na obietnicach się kończy. I też jest ok :)


przepis pochodzi z książki '30 minut w kuchni'



składniki

- 125g parmezanu,
- 1 duży brokuł,
- 200g fioletowych brokułów odmiany sprouting (no tu to Jamie popłynął...),
- 1 puszka anchois w oliwie,
- 1 czutaba łyżka kaparów,
- 1 mała suszona papryczka chili (u mnie w płatkach, niewielka ilość, około 1/2 łyżeczki),
- 2 ząbki czosnku,
- kilka gałązek świeżego tymianku (u mnie dopiero rośnie, więc dodałam suszony),
- 500g makaronu (jamie użył orecchiette)

Odkrój skórkę parmezanu, i odłóż na później. Zetrzyj parmezan i przesyp do miski. Odkrój wszystkie różyczki brokułu z łodygi. Załóż do malaksera zwykły nóż. Przekrój łodygę, włóż do malaksera, dodaj anchois z oliwą oraz kapary. Dodaj pokruszoną chili. Dorzuć 3 obrane ząbki czosnku i pulsacyjnie zmiksuj wszystko na pastę.Napełnij duży garnek wrzątkiem i postaw na ogniu.

Wlej 3 łyżki oliwy na patelnię, przełóż pastę i wymieszaj. Dodaj tymianek. Dolej niecałą szklankę wody i wrzuć skórkę parmezanu. Wymieszaj, zmniejsz ogień i mieszaj od czasu do czasu. Napełnij czajnik do połowy i zagotuj wodę.

Wrzuć makaron do wrzątku, posól i gotuj zgodnie z instrukcją. Po kilku minutach zamieszaj i dodaj różyczki brokułów.

Odcedź makaron, zachowując część gotującej wody. Przełóż na patelnię z pastą brokułową. Wyjmij skórkę parmezanu. Dodaj garść tego tartego i troszkę wody z gotowania makaronu.Wymieszaj starannie aż wszystko będzie luźne i błyszczące. Dopraw do smaku, podaj posypując świeżo tartym parmezanem. Skrop oliwą i posyp listkami bazylii.

Smacznego. Pa.

czwartek, 10 maja 2012

blondies z masłem orzechowym wg Rachel Allen

Ostatnio nie bywam. Jej, zabrzmiało, jakbym nazywała się Brodka czy Steczkowska. No ale ja nie bywam kulinarnie. W cyber przestrzeni. Bo gotuję nadal, nie głodzę się przed ślubem (choć może pasowałoby czasem sobie czegoś odmówić dla dobra wrażliwości estetycznych naszych gości... no ale wychodzę z założenia, że to serdeczni, dobrze znający mnie ludzie i będą zapewniać mnie o moim lśnieniu na każdym kroku. Oby nie o to lśnienie z Nicolsonem w roli głównej im chodziło...) 

Moim ostatnim wypiekiem było właśnie to blandies. Jeśli lubicie brownies, czy jak kto woli murzynka, wypróbujcie koniecznie jego bladoskórej przyjaciółki, pełnej białej waniliowej czekolady i aromatu orzeszków arachidowych. Dobre. Może nie moje ulubione, bo masło orzechowe lekko tu dominuje -jeśli lubicie, będziecie zachwyceni. Przepis czekał na mnie dość długo w książce Rachel Allen, tutaj macie film instruktażowy (klik), proponuję zwrócić uwagę na prześmieszny akcent Rachel. Miła babeczka, pełna światła i optymizmu. Na mój optymizm dobrze wpływa też głos Blondie. Tra la la!



składniki
-125g mąki (u mnie wkradł się patriotyzm lokalny - użyłam poznańskiej)
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia,
- 100g masła w temperaturze pokojowej,
- 150g masła orzechowego (Rachel poleca to z kawałkami orzechów, ja użyłam gładkiego),
- 175g jasnego brązowego cukru,
- 1 jajko,
- 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego,
- tabliczka dobrej białej czekolady

Zmiksuj masło z masłem orzechowym na puszystą, jasną masę. Dodaj cukier, jajko i wanilię. Połącz. Dodaj przesianą mąkę z proszkiem, dodaj pokrojoną na kawałeczki czekoladę. Piecz (w niedużej kwadratowej lub prostokątnej blasze) w temperaturze 170 stopni, przez 25-30 minut. Nie przejmuj się jeśli wygląda na niedopieczona na środku.  Wystudzone posyp cukrem pudrem i pokrój na kwadraciki.

 

środa, 25 kwietnia 2012

leniwe gołąbki

Te leniwe ptaszki powstały jako kolejna odpowiedź na dostępne w marketach półprodukty. Przepisów na podobne znajdziecie w internecie całkiem sporo, jednak ja miałam pewne zastrzeżenia. Pierwsze wątpliwości pojawiły się w momencie gdy przypomniałam sobie smak gołąbków Marcinku. Oj jakie on robi gołąbki... W sosie bardziej własnym niż pomidorowym, dodatkowo nie tylko gotowane, ale obsmażane. Tutaj na kujawach podobno robią tak wszyscy. Dla mnie była to absolutna nowość. Smak podsmażonej kapusty jest jedyny. Cukier zawarty w jej liściach karmelizuje, dodając całości innej słodyczy niż znana mi z tych tylko uduszonych w sosie. No i teraz jak miałam dodać poszatkowaną surową kapustę do mięsa, jeśli w środku pozostanie ona chrupka? No jak? Podsmażyłam listki, wystudziłam i dopiero wtedy wymieszałam z mięsno-ryżowym farszem. Smakowały wspaniale, zastanawiam się tylko jak zmodyfikować sos, by był bardziej gołąbkowy... Tutaj jeszcze ciekawostka. Moja rodzina w górach je gołąbki w sosie grzybowym. I to zawsze. Nie wiedziałam jak je ocenić, ale muszę przyznać, że smakują bardzo dobrze. Sama jeszcze nie robiłam, przyznam, że troszkę się boję, czy wyjdą równie dobre jak te w Świerkach :)

składniki

- mielone mięso wieprzowe,
- szklanka ugotowanego ryżu,
- 1,5 szklanki poszatkowanej kapusty,
- sól, pieprz,

- 2 łyżki przecieru pomidorowego 30%,
- łyżka masła,
- pół szklanki mleka,
- łyżeczka mąki
- sól i pieprz

Kapustę lekko podlewamy wodą, gotujemy, lekko przesmażając. Wody powinno być niewiele. Przestudzamy, wyrabiamy z mięsem, ryżem i przyprawami. Formujemy zgrabne owalne gołąbki i smażymy na blady złoty kolor. W garnku rozpuszczamy masło, dodajemy koncentrat, przesmażamy. Dolewamy mleko rozrobione z mąką i mieszamy z koncentratem. Przyprawiamy. Zalewamy gołąbki i dusimy około pół godziny, by przeszły smakiem sosu. Podajemy z duszonymi ziemniaczkami.


Klopsiki i pulpety 
przepis dołącza do klopsikowej akcji Maggie
Smacznego. Pa.