środa, 2 marca 2016

spaghetti z pieczarkami, śmietanką i cytryną

Gdy w pracy powiedziałam co planuję na kolację, wszyscy zdawali się zdziwieni. Pieczarka i cytryna? O, tak! Właśnie tak! ze śmietanką do tego. Jeśli to połączenie zdaje się zaskakujące, proponuję spróbować. Nie jadam pieczarek na surowo, choć i takich znam smakoszy, dlatego czekam, aż ładnie zmiękną na patelni, zanim dodam cytrynę. Danie syci, pozostawiając nas mimo wszystko świeżymi, jak po biegu po porannej rosie ;) niech ta wiosna już nadejdzie, bo mam wiosenne zapędy. Chcę już dojrzeć pierwszych pączków na krzaczkach malin. Krzaczkach, to dużo powiedziane... ale na tych ledwo co jesienią wkopanych badylkach. Oby się u nas zadomowiły. Wtedy pomyślę o kolonijnym makaronie ze śmietaną i malinami... a póki mamy luty, to pieczarka. O!!! :)

Zachęcam, danie wymaga raptem kilku składników, przygotowuje się tyle, co trwa ugotowanie makaronu. Oczywiście można dodać cebulę, czosnek, ulubione zioła, jednak u nas danie w wersji minimalistycznej. A jakie to było smaczne... mmmmm...

składniki dla 2 osób

- pół paczki makaronu spaghetti,
- 250g pieczarek,
- około 30ml śmietanki 18%,
- 1 cytryna, w sumie pół wystarczy,
- sól i ŚWIEŻO zmielony pieprz





Makaron gotujemy w osolonej wodzie. W międzyczasie na rozgrzanej oliwie  podsmażamy pieczarki pokrojone w plasterki. Nie rumienimy ich zbyt mocno. Dodajemy śmietankę, sól i pieprz. Pod koniec dodajemy sok z mniej więcej połowy cytryny. Wrzucamy odcedzony, nie przelany zimną wodą makaron, zachowując około łyżki wody od gotowania, która ładnie wykończy nam całość. 

Smacznego. Pa.

czwartek, 25 lutego 2016

papryki faszerowane kaszą jęczmienną, boczkiem i oscypkiem


Papryki faszerowałam już   kremowym risottem,   przyszła pora na kasze. Gotowałam dla gości, więc wiedząc że smak palonej gryczanej nie każdemu odpowiada, a z kolei miłośnikom palonej nie pasuje niepalona (łapiecie się jeszcze???) postawiłam na jęczmienną. To był dobry wybór. Jeśli kasze w kuchni znane są Wam tylko z teorii lub jeśli jecie je raz na jakiś czas z gulaszem i burakami, zachęcam. Odczarujcie kasze w swoich głowach, a one odwdzięczą się Wam całym swym dobrem.

Chyba, że stoicie z drugiej strony barykady i jecie kasze nałogowo przez kilka dni w tygodniu. Wtedy może zgodzicie się ze mną, że kasze jakoś mocno przylgnęły do kuchni wegetarian i wegan. A podobno najlepsza gryczana to ta polana wytopionym boczkiem. Nie wiem, nie próbowałam, ale dodałam boczku do tego przepisu. Faktycznie, kasza pięknie wchłonęła jego tłuszcz i smak. Smakowała wspaniale.



składniki

- 100g wędzonego boczku,
- 2 papryki w ulubionym kolorze (ja jakoś nie pałam miłością do zielonych),
- pół dużego oscypka,
- 3 szalotki,
- duża szklanka ugotowanej na sypko kaszy jęczmiennej,
- sól i pieprz,
- gałązka rozmarynu,
- opcjonalnie szczypta wędzonej papryki, (użyłam, bo mój oscypek nie był wędzony),
- łyżeczka masła

Na patelni lekko podsmażyłam pokrojony w kosteczkę boczek. Gdy lekko się wytopi, dorzuciłam szalotki oraz rozmaryn. Gdy cebulki się zeszkliły, dodałam kaszę. Całość na małym ogniu dusiłam około 5 minut, dodając sól i pieprz do smaku.
 Papryki umyłam, przecięłam wzdłuż linii ogonków i nafaszerowałam masą z kaszy. Ułożyłam w naczyniu żaroodpornym, na którego dno wlałam dwie łyżki wrzątku i łyżeczkę masła. Całość piekłam w piekarniku około 45 minut w temperaturze 170 stopni.



Smacznego. Pa.




poniedziałek, 22 lutego 2016

shakshuka


Zapraszam Was dziś w podróż do Tunezji, a może do Izraela... w każdym razie na śniadanie które w wolnym tłumaczeniu oznacza nie mniej, nie więcej, co 'wielki bałagan'. Shakshuka to po prostu sadzone jajka, tyle, że zamiast smażone na rozgrzanym tłuszczu, wbijane są w pyszny, gęsty pomidorowy sos. Macie ochotę?



 Bazę stanowią pomidory. Bardzo je lubię, najlepiej świeże i najlepiej późno letnie. Nasze, krajowe. Malinowe i bawołki chyba najbardziej. Rzadko spotykam osobę, która ich nie lubi. Poza sezonem ratuję się słojami z własnymi przetworami, albo puszkami. Moim ostatnim odkryciem były puszki z pomidorkami cherry, kupione podczas tygodnia włoskiego w Lidlu. Ze skórkami, całe, cudnie smakujące kulki. Na nich właśnie przygotowałam shakshukę. Śniadanie smakowało nam tak, że już czekam na sezon pomidorowy, by przygotować ją na bazie świeżych pomidorów z ryneczku. Jeśli macie chęć na miłe, ciepłe, odmienne od coniedzielnej jajecznicy śniadanie, polecam Wam shakshukę. Sprawdzi się również jako danie na wczesną kolację lub jako lek na kaca. 

Przepis na shakshukę pochodzi
 z bloga ChilliBite.pl,
z moimi drobnymi modyfikacjami


- 1 łyżka oliwy z oliwek,
- 1/2 łyżeczki kuminu,
- 1/4 czerwonej papryki,
- 1 szalotka (u mnie pół czerwonej cebuli),
- 1 ząbek czosnku
- 1 duży pomidor malinowy lub bawole serce (użyłam puszkę pomidorków cherry),
- sól morska i świeżo mielony pieprz do smaku
- 2 łyżki grubo siekanej natki pietruszki
- kilka listków bazylii,
- 4 jajka,


Na rozgrzaną oliwę wrzuciłam pokrojoną drobno cebulę, przeciśnięty przez praskę czosnek i kumin. Gdy wszystko ładnie się połączyło, dodałam pokrojoną drobno paprykę. Po kilku minutach dodałam pomidory z puszki, oprószając całość solą i pieprzem. Gotowałam około 5 minut by sos trochę odparował. W gęstym już sosie zrobiłam cztery wgłębienia w które wbiłam jajka. przyprawiłam je solą i pieprzem. Zmniejszyłam płomień i przykryłam przykrywką na 4 minuty, by żółtka pozostały płynne. Przed podaniem posypujemy obficie natką i listkami bazylii.




Danie to przygotowałam wspólnie z innymi blogerkami, w ramach weekendowego Wypiekania. Ich posty ukazały się znacznie wcześniej, ja w blogowanie wdrażam się na nowo powolutku. Mam nadzieję, że mi wybaczą ;)

Gosia z bloga Smaki Alzacji
Iza z bloga Smaczna Pyza
Wiosenka z bloga Eksplozja Smaku
Dorota z bloga Moje małe czarowanie
Agata z bloga Kulinarne przygody Gatity 
Monika z bloga Z chaty na końcu wsi
Bernadeta z bloga Prawo do gotowania z pasją
Magda z bloga Kulinarna piniata
Laura z bloga Cafe Babilon

Smacznego, pa.



środa, 20 stycznia 2016

mini serniczki z białą czekoladą i malinami

Halo. Puk puk, jest tam jeszcze ktoś? Po okrągłej, rocznej przerwie postanawiam wrócić. Z przepisem, który podczas sylwestrowej zabawy moi goście uznali za godny powtórzenia. Małe serniczki z dodatkiem białej czekolady i świeżych malin. Na dodatek przygotowane bez pieczenia. Brzmi zachęcająco? Zróbmy je więc wspólnie. Na początek zdradzę Wam wspaniały sposób, by serniczki łatwo wyszły  z formy przed podaniem.

Wyłożenie formy do muffinek folią, tzw. filmem spożywczym, po schłodzeniu serniczków  bardzo ułatwi pracę. Żadnego podważania, luzowania nożem całych serniczków.



Składniki na 12 serniczków

- 500g sera twarogowego, u mnie z wiaderka. Sprawdzony z Wielunia, bardzo      gęsty, polecam
- tabliczka białej czekolady,
- opakowanie pełnoziarnistych ciasteczek "be be",
- miękkie masło około 3 łyżki






Ser wyjmujemy z lodówki, by łatwiej połączył się później z czekoladą. Formę do pieczenia muffinek wykładamy folią spożywczą. Ciasteczka kruszymy drobno, dodajemy miękkie masło. Ciasteczka przekładamy do formy po mniej więcej czubatej łyżce i mocno uklepujemy. Wkładamy do lodówki na czas przygotowania masy serowej.

Czekoladę roztapiamy w kąpieli wodnej (ewentualnie w mikrofali, mi jednak nie zawsze ten sposób się sprawdza.) Ser z wiaderka przekładamy do miski. Dodajemy czekoladę i energicznie mieszamy do połączenia składników. Masę przekładamy na pokruszone ciasteczka, wyrównujemy powierzchnię i wkładamy do lodówki na co najmniej 2h.

Serniczki wyjmujemy z formy, dekorujemy malinami, konfiturą z wiśni, może mandarynkami... co komu w duszy gra.

Oto, jak moje serniczki prezentowały się na sylwestrowym stole.



Smacznego. Pa.


wtorek, 20 stycznia 2015

najszybsza szarlotka świata - sypana

Najszybsza, bo nie ma po niej wiele zmywania. Nie ma miksowania. Jedyne co pozostaje do pomycia gdy ciasto jest już w piekarniku, to brudna od masła tarka. Nawet miskę po suchych produktach wystarczy tylko przepłukać. W sumie jeśli masło pokroimy na plastry wyjdzie na raz, a nóż umyć jeszcze prościej.
 
I co niektórzy bardziej doświadczeni spojrzą może z politowaniem, że proste, że nie nadaje się na bloga... Tak??? No to Wam powiem! Ja do tej szarlotki miałam trzy podejścia. Tak, trzy. Dlatego uznałam, że warto o niej napisać. O tym prostym, zwanym sypanym placku, który jest tak powszechny, że szkoda gadać. I warto też dlatego, że jeśli znajdzie się choć jeden czytelnik który nigdy jej nie jadł i upiecze, rozsmakuje się w jej chrupiącym wierzchu, będę szczęśliwa.
 
Szczęśliwa niczym moja mała Dzidźka, która dziwnym trafem najbardziej gadatliwa robi się gdy ma pełną pieluchę.
 
Kochani moi. Prosty przepis, prosty post, gdyby jeszcze życie prostsze chciało być. Tego dziś Wam życzę. Prostoty urokliwej niczym sypana szarlotka, Amen.


składniki

- szklanka mąki pszennej tortowej,
- szklanka cukru,
- szklanka kaszy manny,
- 1kg SOCZYSTYCH jabłek,
- kostka masła.

miałam ochotę na szarlotkę mocno waniliową, dodałam więc połowę cukru z wanilią. Można dodać też rodzynki lub cynamon. Co komu w duszy gra.


 


Wymieszać w dużej misce sypkie składniki, jabłka zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Tortownicę wysmarować masłem i przesypać kaszką manną. Na dno wysypujemy jedną trzecią mieszanki, czyli szklankę, na niej wyłożyć połowę jabłek. Szklankę mieszaki i połowę jabłek. Znów mieszankę i na nią zetrzeć całą kostkę masła. Tortownicę wstawić do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni na godzinę i kwadrans. Najlepiej wybrać termoobieg i ewentualnie przykryć folią gdyby rumieniło się zbyt mocno.




Podejścia do ciasta były trzy, bo bałam się, że ciasto będzie zbyt miękkie, mokre. Odsączyłam raz jabłka. Raz wypiłam część soku... Błąd!!! Nie ma co się obawiać. A gdy jabłka będą zbyt suche, środek placka wyjdzie sypki. Niezjadliwy. Niedobry. Czasem najprostsze okazuje się dość trudnym.


Smacznego. Pa.

niedziela, 16 listopada 2014

wieniec z orzechami i kremem kasztanowym

Cześć. Nie napiszę, że przepraszam za półroczną nieobecność. Nie napiszę, bo nie sadzę, że ktokolwiek zauważył brak mnie, małego blogowego żuczka. Przejdę do pisania o tym, o czym owe pół roku temu chciałam napisać, to o czym pamiętam po dziś dzień.
Czasem wyszukując przepisów na danie z jednym czy drugim składnikiem, wertuję książki, przepisy znanych kucharzy. I super, często trafiam na na prawdę godne ugotowania, powtórzenia a nawet polecenia przepisy. Ale chcę też inaczej. Chcę by osoby zaglądające do mnie, dowiedziały się o tych którzy blogują tak, że mi dech zapiera. Chcę korzystać, nie TESTOWAĆ, bo to slowo jakoś kryje w sobie podejrzliwość i niepewność powodzenia. Będę polecać Wam przepisy osób, które znam troszkę, lub troszkę bardziej. Blisko, nie tylko blogowo. Zacznę od Przepisów Aleksandry, bloga Oli, której wypieki być może już nieraz widzieliście. Jeśli jeszcze nie próbowaliście, koniecznie nadrabiajcie. Ola wie co robi.
 
Korzystając z przepisu na wieniec orzechowy, chcąc wykorzystać zapasy z lodówki, dodałam krem kasztanowy i zajadaliśmy się tym drożdżowym dobrem, które i Wam polecam.
 
przepis, powtarzając za autorką. u Oli znajdziecie zdjęcia jak krok po kroku przygotować wieniec.
 
masa orzechowa
- 350 gramów mieszanki zmielonych orzechów włoskich i laskowych (u mnie laskowe)
- 4 łyżki masła, niesolonego i miękkiego
- 80 gramów cukru pudru
- śmietana kremówka (pominęłam, dodając poł słoika kremu kasztanowego)
- 2 cukry waniliowe (u mnie łyżka stołowa)
- 1 białko
 
ciasto
- 2 jajka
- 50 - 60 dkg mąki pszennej (+ odrobina do oprószania stolnicy)
- 25 gramów świeżych drożdży (lub 7 gramów suchych)
- pół szklanki mleka
- 150 gramów miękkiego masła
-80 gramów cukru
-2 łyżeczki esencji waniliowej lub 1 opakowanie cukru waniliowego
 
dodatkowo
-żółtko do posmarowania ciasta
-tłuczone orzechy
- lukier
 
Wymieszaj ze sobą składniki masy. Następnie wymieszaj drożdże, cukier i ciepłe mleko (nie może być zbyt gorące).  Przykryj ściereczką i odstaw rozczyn w ciepłe miejsce na około 10 minut - gotowy rozczyn będzie miał konsystencję gęstej śmietany i będzie "pracował".  Dodaj pozostałe składniki na ciasto. Wyrabiaj do czasu, aż będzie odchodzić o ręki. Możesz użyć też miksera, wtedy obserwuj czy ciasto jest jednolite i tworzy jedną kulę. Odstaw przykryte ściereczką na godzinę w ciepłe miejsce.
 
Posyp blat mąką, rozwałkuj ciasto na duży prostokąt. Delikatnie posmaruj ciasto masą, uważaj, bo łatwo je rozerwać. Zwiń ciasto jak roladę, złącz końce w wieniec. W równych odstępach ponacinaj tworząc grzebień wieńca.
 
 Piecz wieniec w temp. 180 stopni przez lekko ponad godzinę. Jeżeli wierzch będzie się zbyt mocno zarumieniał przykryj go folią aluminiową. Upieczone ciasto odstaw do ostygnięcia. Zimne ciasto posmaruj lukrem i posyp grubo mielonymi orzechami.
 
Na koniec, biorąc pod uwagę czas jaki minął od ostatniego postu, bardzo chcę podzielić się z Wami zmianami jakie zaszły w naszym życiu. Właściwie jedna zmiana. Zmiana ma na imię Pola i jest tak ogromnym skarbem, że właściwie zastanawiam się jak my żyliśmy dotychczas, przed jej pojawieniem się na świecie. Jak chrześcijanie liczą czas w przed i po Chrstusie, my liczymy go teraz w przed Polą i z Polą.
 
 
 
 
Smacznego. Pa. Dobrze znów pisać...
 
Smacznego. Pa.
 


niedziela, 11 maja 2014

grecki briam z kalamatami i szałwią

Weekend majowy w tym roku nie był zbyt miły, mam nadzieję, że mimo to udało się Wam spędzić go w dobry, satysfakcjonujący sposób. Nasz, z uwagi na zbliżającą się przeprowadzkę polegał raczej na szybkim przemieszczaniu się z punktu A do punktu B i uciekł jakoś niespostrzeżenie. 

Pogoda nie rozpieszczała, a ja, jako główny zmarzluch Rzeczypospolitej, grzałam się przy piekarniku. Postanowiłam wynagrodzić nam niesprzyjającą aurę, przygotowując grecką zapiekankę, zwaną briam. Wygooglałam zapiekankę z ziemniaków i warzyw i oto znalazłam. Słońce, lato i smaki śródziemnomorskie doskonale nas rozgrzały, dodały energii i wywołały uśmiechy na twarzach. W każdym przepisie znajdziecie coś dla siebie, a co lepsza, swój przepis skomponujecie bez obaw o kurczowe trzymanie się ram poprzedników. U mnie zabrało papryki. Były za to oliwki, nasze ukochane kalamaty. (Tak, wiem, powtarzam to przy każdej okazji...) Nie macie cukinii, za to gdzieś w kuchni chowa się bakłażan? Wspaniale! Jeśli tak jak mi, zabrakło Wam oregano, dodajcie swoje ulubione, lub właśnie dostępne pod ręką zioła. Wasz briam, Wasza wersja. Czy to nie cudowne?

składniki

- 4 średniej wielkości ziemniaki,
- 2 młode cukinie,
- 2 małe czerwone cebule,
- puszka krojonych pomidorów,
- 2 świeże pomidory,
- 3 ząbki czosnku,
- oliwki kalamata (jak dla mnie im więcej, tym lepiej, zużyłam 3/4 słoika),
- ser feta dobrej jakości, 
- sól i świeżo mielony pieprz,
- suszone oregano i świeża szałwia 


Ziemniaki obieramy, kroimy z 0,5cm plasterki. Ja postanowiłam przez 5 min gotować swoje, by skrócić czas zapiekania dania. Cukinie kroimy w plastry tej samej grubości i smażymy/grillujemy na rumiany kolor. Cebule kroimy w ósemki. Warzywa wraz z częścią oliwek mieszamy w naczyniu do zapiekania. Następnie pomidory z puszki dodajemy do pokrojonych świeżych pomidorów, do tego wciskamy czosnek, doprawiamy do smaku, dodajemy suszone zioła i wkrawamy świeże. Polewamy warzywa utworzonym sosem, starając się, by w każdej części naczynia znalazła się równa jego ilość. Na wierzch kruszymy ser i posypujemy resztą oliwek. Zapiekamy około 35 minut w piekarniku w temperaturze 180 stopni, 20 minut pod folią aluminiową, następnie bez. Dekorujemy listkami szałwii, podajemy gorące.

Smacznego. Pa.

sobota, 26 kwietnia 2014

papryki faszerowane kremowym WEGE risottem

Lubię wszelkiego rodzaju risotta, nawet te z zaledwie kilkoma składnikami potrafią zauroczyć smakiem no i konsystencją. Z dodatkiem serów, warzyw, win, wszystkiego tego co wpływa na ich smak, aromat... można by wymieniać bez końca. Zawsze gdy przez kilka tygodni nie pojawiają się na naszym stole już za nimi tęsknię, choć nie mam jeszcze wtedy pojęcia z czym je przygotuję. 
Przy ostatniej kawie przeglądaliśmy  razem z Łukaszem z Gotuj z Kukim książeczkę Easy Risottos wydaną przez sieć sklepów M&S. Mam z tej serii kilka wydań, ale easy risottos zaraz przy easy curries są moimi ulubionymi. Przeglądaliśmy, rozmawialiśmy i postanowiliśmy ugotować wspólnie (każdy w swojej kuchni) to właśnie risotto. Przygotowane tradycyjnie, następnie upchane w paprykach i zapieczone pod warstwą sera. Cudowne. Każdy wprowadził swoje modyfikacje, dodając lub ujmując pewne składniki. Faszerowałam już papryki, ale po prostu ugotowanym ryżem, z dodatkiem mięsa mielonego. Polecam Wam ten przepis, zarówno na te mniejsze jak i większe okazje. Swoją wersję uszczupliłam o dodatek włoskiej kiełbasy, decydując się tym samym na wersję wege, urozmaiconą o pomidory w różnej postaci. Dodałam i świeże i suszone i te w formie koncentratu. Zajrzyjcie proszę także do Kukiego, jego wersja będzie odpowiadać wszystkim kochającym dodatek wołowiny.

składniki

- czerwone papryki ( u mnie 2 duże sztuki, na 4 porcje kolacyjne),
- 850 ml wywaru warzywnego lub rosołu (u mnie wywar warzywny, po gotowaniu warzyw na sałatkę),
- 350g ryżu arborio,
- 1 cebula,
- szczypta szafranu,
-  łyżka oliwy z oliwek,
- 150ml białego wina (pominęłam),
- 50g włoskiej  kiełbasy lub salami (także pominęłam),
- 50g świeżo tartego Parmezanu (u mnie Grana Padano),
- kulka mozarelli,
- sól i pieprz,

oraz moje dodatki, czyli

- 3 połówki suszonych pomidorów z oleju,
- garść pomidorków koktajlowych (użyłam z uwagi na brak o tej porze porządnych dużych),
- łyżka koncentraku pomidorowego,
- 3cm pora,
- 2 ząbki czosnku



Papryki myjemy, kroimy na pół zachowując ogonki na każdej z połówek, usuwamy pestki i  białe błonki. Lekko smarujemy oliwą i umieszczamy w piekarniku na 20 minut, w temperaturze 170 stopni. W międzyczasie płuczemy ryż, na patelni rozgrzewamy oliwę, szklimy cebulę i por, dodajemy ryż. Gdy ryż wchłonie tłuszcz, dodajemy po chochli gorącego wywaru czekając aż ryż wchłonie płyn. Mieszamy  często, najlepiej drewnianym widelcem. Dodajemy szczyptę szafranu. Gdy ryż wypije już cały wywar warzywny, dodajemy posiekane suszone pomidory, te suszone oraz koncentrat, czosnek przeciśnięty przez praskę. Mieszamy, doprawiamy do smaku. Dosypujemy garść tartego sera. Gotowym risottem faszerujemy papryki, umieszczamy na nim kilka plastrów mozarelli i zapiekamy ponownie, tym razem w wyższej temperaturze, 200 stopni, około 15 minut. Podajemy z listkami ulubionych ziół.

Smacznego. Pa.




piątek, 21 marca 2014

makaron rigatoni z chorizo i kalamatami w pomidorach

Ogromnie cieszą mnie wszelkie kulinarne upominki przywożone z podróży. Tak było i w przypadku tradycyjnego hiszpańskiego chorizo, które dostałam od znajomego. Dziękuję. Mimo, że większym fanem tej wyraźnej w smaku kiełbasy jest Marcinku, muszę przyznać, że i ja zjadłam je ze smakiem. Nieduże, intensywnie pachnące, zaskoczyły mnie konsystencją. Były bardziej miękkie niż te, które zdarza mi się kupić w Polsce, w naszych sklepach. Ich miękkość właśnie mnie urzekła. Część zjedliśmy 'po prostu', resztę postanowiłam wykorzystać w paście z pomidorami, dodając same intensywne składniki. Efekt? Jak dla nas wspaniały, polecam. Kompozycja smaków i aromatów obok której nie da się przejść obojętnie. I chorizo, i oliwki kalamata, (to te o których tak namiętnie czasem piszę, moje ulubione), czosnek, ser Grana Padano, a wszystko to w mięsistych pomidorach, które niebywale przejmują smak wędzonej papryki ukrytej w kiełbasie. A pomidory? Z puszki. Na nasze polskie czekam z utęsknieniem, z resztą pewnie nie tylko ja :)


składniki

- makaron rigatoni, żłobiony, lub inny w krótkiej formie,
- puszka pomidorów, 
- mała cebula,
- 2 ząbki czosnku,
- kiełbasa chorizo, mnie 2 krótkie, (zależy od upodobań, im więcej tym intensywniejsze danie uzyskamy),
- pół słoika oliwek kalamata (uwaga, zwykle zawierają pestki),
- garść świeżo, drobno otartego Grana Padano,
- łyżka oleju rzepakowego
- sól (u mnie ani szczypty, sprawdźcie sami), pieprz




Makaron gotujemy zgodnie z instrukcją na opakowaniu, by był jędrny, al dente, jak kto woli ;). Na patelni o wyższych ściankach rozgrzewamy olej, szklimy pokrojoną drobno cebulę. Dodajemy pokrojone w plastry chorizo i na małym ogniu pozwalamy, by kiełbasa uwolniła piękny rudy tłuszcz. Nie rumienimy, by nie była zbyt twarde. Teraz dodajemy przeciśnięty przez praskę czosnek. Zalewamy pomidorami i dusimy około 15 minut by smak kiełbasy przeszedł przez cały sos. Gdy sos będzie już w pełni paprykowy, dodajemy kalamaty oraz garść otartego świeżo sera, mieszamy. Sprawdzamy czy w ogóle potrzebujemy soli, dodajemy szczyptę pieprzu, mieszamy z ugotowanym makaronem, podajemy z dodatkową ilością Grana Padano.

Smacznego. Pa.

wtorek, 17 grudnia 2013

wyniki konkursu

Bardzo dziękuję wszystkim za wzięcie udziału w moim sernikowym konkursie. Każdy z dwudziestutrzech nadesłanych przepisów napawał mnie przekonaniem, że serniki to jest to, co większość z nas lubi najbardziej. Wraz z bliskimi wybraliśmy


waniliowy sernik z mascarpone i musem śliwkowym


gratuluję Katarzynie Szatkowskiej, Kasiu, sprawdź maila,  a innym osobom raz jeszcze dziękuję.
 Trzymajcie się.

piątek, 29 listopada 2013

BIO konkurs

No to zaczynamy!

Kochani, aby wygrać ten wspaniały eko zestaw, wyślijcie mi wiadomość na nuovana@gmail.com wraz z przepisem na swój ulubiony sernik z dodatkami. O tak, bo lubię serniki, i to bardzo. Najwspanialszy sernik wygra i trafi do mojego menu na święta.

na odpowiedzi czekam na do końca piątku

6.12.2013r. 

nagrody w konkursie ufundował sklep fitness-food.pl

Czas start!



wtorek, 26 listopada 2013

sernik mocno czekoladowy z Sheridan'em

Powroty są najprzyjemniejsze, niezależnie czy wracam do domu, do wspomnień czy do smaków z dzieciństwa. Tym razem stanęło na powrocie do blogowania, z tej właśnie okazji postanowiłam przywitać Was mocno czekoladowym sernikiem, takim na podniesienie poziomu endorfin na pograniczu pór roku. 

Dodatkowo ten sernik jest o tyle wyjątkowy, że pieczony wspólnie.W gronie innych blogerek, wielkopolskich pyreczek kochanych, w ramach Ezoterycznych Spotkań przy piekarniku.

Sernik smakuje na prawdę mocno czekoladowo. Jeśli jeszcze dodać fakt, że w oryginale przepis zawiera spód z ciasteczek i czekolady, oraz ganache z czekolady i kremówki, mamy sernik niebywale, potrójnie czekoladowy. Nie da się nie spróbować, nawet jeśli zbyt mocne z swej czekoladowej intensywności wypieki nie są naszymi ulubionymi. Polecam na imprezę, gdyż jeden taki sernik powinien zaspokoić wielu gości. 


przepis
(po modyfikacji, dodatkowo pomijając spód i polewę)

-200g czekolady, pokrojonej,
- 1 łyżeczka kawy rozpuszczalnej (najlepiej w formie proszku, lepiej się rozprowadza),
- 700g sera twarogowego na sernik,
- 160g cukru,
- 1 łyżeczka kakao najlepszej jakości,
- 3 duże jajka,
- 1/4 laski wanilii,
- 3 łyżki likieru kawowego, u mnie był to Sheridan 

Piekarnik nagrzać do 175 stopni. Rozpuścić czekoladę w miseczce nad gotującą wodą, uważając by miseczka nie dotykała tafli wody. Dodać do niej kawę rozpuszczalną. Mikserem połączyć ser i cukier. Po kolei dodawać jajka i miksować, czekając aż każde kolejne dobrze połączy się z masą. Następnie dodajemy wanilię, kakao, masę czekoladowo-kawową oraz likier i miksujemy do połączenia. Masę przelać do okrągłej, wysmarowanej masłem i ubezpieczonej folią aluminiową blaszki i piec w brytfannie wypełnionej wodą przez około godzinę. Po wystudzeniu przechować sernik przez co najmniej 3h w lodówce, po czym udekorować wedle uznania czekoladą lub ganache z oryginalnego przepisu. 


Dziękuję całej drużynie czekoladowego pierścienia, w skład której weszły

Smacznego. Pa.

piątek, 30 sierpnia 2013

owsianka z brzoskwiniami, miodem i gałką muszkatołową. dodatkowo kota i Jostein Gaarder

Owsiankujemy, ostatnio troszkę rzadziej. Przy takiej pogodnie ciepłe śniadanie nie jest czymś zupełnie niezbędnym. W prawdziwy owsiankowy trans wpadniemy pewnie około października, kiedy to przed wyjściem z domu warto będzie zjeść coś co mile rozgrzeje nas od środka. Wiem, nie wszyscy lubią owsiankę, jednak mi się wydaje, że jeśli potraktować ją jak czyste płótno, można swoimi ulubionymi smakami przeistoczyć ją w najlepsze śniadanie świata.
Apropos rozgrzewania - ostatnio moje serce rozczulił widok małego kota, pozostawionego na pastwę losu w kartonie po butach, w śmietniku... przykro. Tym jednak zbiegiem wypadku mogę szczęśliwie przedstawić Wam Czu-czu vel Miszkę. Kotka zostaje z nami. Nie wiem jeszcze które imię przylgnie do niej na stałe, wiem jedynie, że jest kotem, który lubi czytać. Dokończyłyśmy 'Córkę dyrektora cyrku'. To moje drugie podejście do twórczości Jostein'a Gaarder'a . Poprzednio próbowałam przeczytać 'Świat Zofii i na próbach niestety się skończyło. Mimo ogromnej chęci język i tłumaczenie wszelkich filozoficznych tajemnic sprawił, że czułam się jak dziecko. To nie dla mnie. Wracając jednak do córki dyrektora, polecam wszystkim, którzy tak jak ja szukają książek balansujących na cienkiej linii pomiędzy rzeczywistością a fantazją. W niektórych momentach trudno mi było określić, czy ta historia mogłaby mieć miejsce, czy też jest kompletnie nierealna. To właśnie lubię najbardziej. Jeżeli chcecie poznać bohatera, który będąc niezwykle zdolnym i płodnym autorem nigdy nie decyduje się na wydanie książki pod własnym nazwiskiem, za to oferuje wypalonym autorom swoje prace jako wysoce ceniony produkt, przeczytajcie. Jeżeli chcecie poznać mężczyznę, który żyje ze świadomością, że gdzieś w Europie wąskimi uliczkami przechadza się jego córka, której imienia nigdy nie poznał, a jedyne na co mu pozwolono to opowiedzenie jej bajki o wspaniałym cyrku - przeczytajcie, ja pozostaję pod wrażeniem. Styl autora, mimo wcześniej czytanej historii o Zofii nie zawiódł mnie w ani jednym momencie i czuję, że będę wracać do jego książek. Swoją drogą ciekawe, ile dzieł na przestrzeni dziejów wydano pod niewłaściwym nazwiskiem i ilu wspaniałych ludzi odeszło niedocenionych, bo ich prace ukazały się pod szyldem kogoś zupełnie innego...


składniki

- szklanka ulubionych płatków owsianych,
- 1,5 szklanki mleka,
- 2 dojrzałe brzoskwinie,
- 2 łyżki miodu, (tutaj postawcie na własne upodobania, ja wybrałam facelinowy)
- szczypta soli,
- szczypta gałki muszkatołowej

Mleko wlewamy do garnka, podgrzewamy, wsypujemy płatki. Gdy się zagotują skręcamy gaz i dodajemy sól, gałkę. Następnie, gdy płatki będą już miękkie (ale nie rozgotowane), dodajemy miód i wkrawamy brzoskwinię. Część owoców zostawiamy do podania owsianki. 

Smacznego. Pa.


wtorek, 23 lipca 2013

sałatka nicejska

W dni takie gorące jak dzisiejszy, moimi ulubionymi posiłkami są proste, szybkie w przygotowaniu sałatki. Na bazie młodych listków, czy to sałaty czy szpinaku, nie ważne. Ważne, by nie trzeba było nic podgrzewać, gotować. No ok... jajka - ale tu maszynka do gotowania odwaliła całą czarną robotę za mnie, ja mogłam cieszyć się konsystencją wspaniałych pomidorów paprykowych które kupiłam dziś na rynku. Coś pięknego. Ich smak, kształt i aromat oddaje wszystko to, za czym wkrótce będę tęsknić. Dlatego jedzmy pomidory, póki na nie czas.

Sałatka nicejska ma dwie odsłony. Albo klasyczną, albo jak to ładnie powiedziano - turystyczną. Znaczy się pod publiczność, pod turystów znaczy się. Ta właśnie wersja zawiera ziemniaki i zieloną fasolkę. Klasyczna z kolei bób i paprykę. U mnie jest moja własna wersja, choć taka czy inna, nicejska sałatka jest jedną z tych klasycznych, tych, które w Waszej kuchni raz, czy też wiele razy, ale muszą zagościć, no po prostu nie może ich zabraknąć, jeśli tylko macie takiego 'fizia' na tle smaków jak ja. I nie tylko ja. Bo dzisiejszą sałatkę przygotowałam wspólnie z 


Wszystkich serdecznie pozdrawiam, a na blogi moich przyjaciół zapraszam gorąco, może to ich wersje przypadną Wam do gustu.


składniki

- listki młodej sałaty (u mnie masłowa, same najmłodsze listki),
- około 5 pomidorów paprykowych,
- 2 jajka,
- 1 czerwona cebula,
- garść czarnych oliwek,
- tuńczyk w sosie własnym (duże kawałki, nie sałatkowa papka),
- kilka kaparów,
- ulubiony dressing do sałaty, ja tym razem polałam jedynie oliwą rozmarynową własnego autorstwa

Jajka gotujemy na twardo, studzimy. Sałatę myjemy, rwiemy na kawałki. Pomidory i cebulę kroimy w plasterki. Ja wybrałam opcję plastrów, ponieważ moje pomidory są podłużne. Jeśli użyjesz okrągłych, pokrój je na uśmiechy, będzie sympatycznie :)

Na sałacie układamy jajko i pomidora, następnie tuńczyka, cebulę, a na końcu oliwki i kapary. Całość lekko skrapiamy oliwą lub dressingiem (oby nie z paczki!!!) i zajadamy.

Smacznego. Pa.

wtorek, 2 lipca 2013

truskawkowa pianka

Dla mnie niesamowite odkrycie, dla innych pewnie smak znany z dzieciństwa, najszybszy deser serwowany w rodzinnym domu. Nie wymaga wielu składników i jedynie czas którego wymaga, troszkę opóźnia jej zjadanie bo gdy już zastygnie - znika niemalże sama. Wspaniała pianka na którą oczy otworzyła mi Grażynka. Podała mi ją i poczułam się jak kilkuletnie dziecko odkrywające nowe smaki i konsystencje. To nie tylko mleczno-truskawkowa galaretka. To pianka!!! Z masą bąbelków, lekka jak piórko, wyśmienita na letnie desery. Dziękuję Grażynce za wspaniały czas, rozmowy o tak wielu ważnych i mniej ważnych sprawach. Po powrocie do domu mówię zafascynowana o prostym-niezwykłym deserze i co? I okazuje się, że Marcinku dobrze go już zna. No przecież... z domu. Jak widać nie wszystko, co leży na samym czubku nosa jest tak bardzo oczywiste. Ale ta pianka od teraz dla mnie jest oczywista i będzie gościć na naszym stole w każdy upalny, leniwy dzień. Na pochwałę prostoty.



Przepis na piankę Grażynki znajdziecie TUTAJ.  
Polecam, jest to wersja cytrynowa z malinami. 
A maliny już za momencik będą dostępne.


składniki

- 2 galaretki truskawkowe,
- 150ml wody,
- 750ml śmietanki kremówki, ( w oryginale znajdziecie przepis ze śnieżką)
- kilka truskawek

Galaretki rozpuszczamy w małej, podanej w przepisie (150ml) ilości wody. Studzimy. Kiedy zaczynają gęstnieć, ubijamy kremówkę. Dodajemy bitą śmietanę do zimnych już,  zastygających galaretek,  mieszając by składniki połączyły się, lecz by nie wybić wszystkich pęcherzyków powietrza. Deser wkładamy do lodówki w dużej misce (najlepiej przezroczystej), by móc kontrolować, czy galaretka nie rozwarstwia się. Wtedy mieszamy raz na jakiś czas, póki deser nam na to pozwala. Piankę podajemy mocno zimną ze świeżymi owocami.

Smacznego. Pa.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...